poniedziałek, 9 lutego 2009

pójdę jeść robaki

O tym, jak wszyscy mają mnie biedną, zakatarzoną, chorą matkę samotnie wchowującą na własne życzenie* w dupie, moglabym rozmawiać z napotkanymi przechodniami godzinami.


Skoro wpadliście to wam opowiem.


W dupie potwornie mają mnie kolejno:


Mąż: warszawiak i w dodatku facet**
Matka: w przelocie
Ojciec: nieobecny usprawiedliwiony
Siostra: w robocie
Żona: na saksach
Przyjaciółka: na zakręcie
Brat: facet i w dodatku obcy człowiek


Tak mi robią. O!


* Cytat z teściowej. Nie uwzględniona w powyższych statystykach.
** Czynnik obciążający.



niedziela, 8 lutego 2009

da capo

Państwo pozwolą, że się pożegnam.


Idę położyć na tory swój zakatarzony łeb. Po tym fakcie może mnie nie być jakiś czas, ale nie mam już sił dłużej celebrować nieżytu.
Od dwóch tygodni trzyma mnie w kleszczach jakieś imadło. Nie mogę się pochylić, gdyż natychmiast czuję się jak ta pani przed startem w maratonie. Chociaż ja to bardziej w mamrotaniu.


Co wieczór o tej samej porze włącza mi się temperatura 37,5. Nie wiem, może jestem piecem akumulacyjnym.
Gdy kaszlę, trzeszczą mi szwy czaszkowe i czuję wyraźnie rozwieranie się ciemienia.
Nie mam skóry na nosie. Ani chybi będzie potrzebny przeszczep, najpewniej z pośladka.
W papier T jaki zużyłam można by śmiało okręcić cała dynastię Tutenchamona z przyległościami.
O kolorach nie będę dyskutować. I o gustach.


I to wszystko na stojąco. Gdyż za dnia nie zaznaję spoczynku.


Nocne czynności ziołolecznicze też nie odnoszą skutku. Wieczorem wypijam lipy kwiat, mleko z czosnkiem, miodem, cebulą i zagryzam aspiryną.
Zakładam trzy polary, skarpety z góralskiego swetra i sześć par barchanowych majtów.
Nakrywam się pierzyną i… nic.


Wstaję z łóżeczka suchutka jak staruszek.


„Cha! Cha!”


Za to kiedy MUSZĘ wyjść z dzieckiem na spacer, ubrać, namotać, wytaszczyć, przydźwigać to wtedy
proszę bardzo.


Jedyny dostrzegalny łut poprawy to fakt, że po dwunastu dniach ABSOLUTNIE bez smaków i zapachów odzyskałam szczątkowo węch.
I natychmiast, niczym dobrą wróżbę na nową drogę życia, poczułam awarię w toalecie.


Wobec powyższego podjęłam męską decyzję.
Koniec z półśrodkami.
Kuracja radykalna.


Dzwonię po tramwaj.



piątek, 6 lutego 2009

pms part two

Na pytanie „co mnie wkurwia” odpowiedź jest prosta: wszystko.


Przeszłam od etapu dojmującego żalu i rozpaczy nad światem, do relaksującego przegryzania tętnic szyjnych.
Na pierwszy ogień pójdą właściciele uroczych czworonogów srających na środku chodnika.
Następni będą ci, których pupile zatruwają kupą wszystko co dalej, kazdy skrawek zieleni, każdy krawężnik, studzienkę ściekową, ścieżkę na skrót.
I, żeby nie było niedomówień – nie mam nic przeciwko samym psom.
Nienawidzę tylko z całego serca ich właścicieli.


Oni mogą w zamian znienawidzić mnie. Proszę bardzo.
To nawet lepiej, to podjudzi mnie do walki na śmierć i życie.


Albowiem najbardziej ze wszystkiego na świecie denerwują mnie wszechobecne psie gówna. Natenczas mamy bowiem żniwa. Śniegi stopniały – kupy obrodziły.
Produkt polski. Typowo. Nie na eksport, niestety.


Są wszędzie.


Człowiek dorosły i skupiony ma szansę przebrnąć suchą stopą. Najstraszniej cierpią dziatki.
Spacer z malym dzieckiem polega na ciaglym wykrzykiwaniu: Uwazaj, KUPA!!!


Dziś, dajmy na to, mi się niewiniątko na trawniku wywaliło.
Upadło twarzą dwa centymetry od czegoś, co było niewątpliwie stolcem.
Przerażającym. Ogromnym.
Gdyby się w nim unurzało, zmuszona byłabym chyba oddać je do adopcji.
OCZYWIŚCIE Z CIĘŻKIM SERCEM.


Stąd postanowiłam, że widząc srającego psa będę się straszliwie czepiać.
Że będę orędowniczką, nawiedzoną, zaślepioną, zboczoną, fanatyczną.
I porwę za sobą tłumy.


Wchodzicie w to?



Proszę także właścicieli psów srających o ewentualne argumenty za pozostawianiem odchodów. Jeśli takowe istnieją.
Jestem osobą elastyczną, niewykluczone, że dam się przekonać także i do tej idei.



środa, 4 lutego 2009

premenstrual coś tam coś tam

Posiadam dziś taki nastrój, że mnie wszystko zabija.
Leżę zabita, pod stertą niegodziwości jakie dzieją się na świecie.


Pod chorobami.
Kataklizmami.
Wojnami.
Głodami.
Śmierciami.


I ta pogoda, niech ją szlag.
I ten zielony alien w glowie.
Wychodzi mi już nosem.


Gdyby ktoś żywił jakąś nadzieję, i miał jej, powiedzmy, za dużo, to poproszę o krztę.
Nich mi tu ukruszy.


O tu.



wtorek, 3 lutego 2009

ręce do góry!

Mam czasem takie chwile słabości, że mnie moje dzieciątka wzruszają.
Zwłaszcza to mniejsze.
Wówczas przyglądam mu się z wezbraną czułością i myślę jakie jest cudne.
Jakie kształtne, miłe w dotyku, rozkosznie brzmiące i mile pachnące.


Zaraz potem dla równowagi okazuje się, że pobazgrało ono abażur permanentnym markerem lub wgniotło szminkę w nasadkę.
Ale co tam.


Wróćmy do moich brwi.
Czy ktoś widział moją pinceretę?
Przetrząsnęłam już wszystkie zakamarki i nic. Jak tak dalej pójdzie nie będę miała odwagi pytać zwierciadełka „Kto jest najpiękniejszy w świecie?”


W ogóle spoglądanie w lustereczka nie przynosi mi ostatnio spodziewanej satysfakcji.
Zwierzyłam się nawet z tej rozterki mojej koleżance, mówiąc, że z każdego lustra w przymierzalni patrzy na mnie jakiś pomarszczony potwór z przekrwionymi oczami.
Usłyszawszy to, jej czteroletnia córeczka wykrzyknęła przerażona: JAKI POTWÓR?!


Zatem przystąpiłyśmy obie do tłumaczenia dziecku, że to była taka hiperbola.


Dziewczynka wysłuchała uważnie do końca naszych dywagacji po czym zapytała przerażona: ALE JAKI POTWÓR?!


Właśnie: JAKI?!



z powodu karambola obsunął mi się strój

Kot z Hilarym idą na siłkę.
Taki mają plan na nadciągający kryzys i wieku średniego.
Ja bym też mogła, bo obecnie nie mam węchu. Z reguły jednak mam i to dość wybujały. To z reguły bym nie mogła.


Oraz nie pomaga myśl, że nie będzie kolejki.
Kot, jako mistrz wszelakich afirmacji, każe mi myśleć w drodze na pocztę, że nie będzie kolejki.
Dzisiaj poszedł i wrócił bo była.
Ja również, idąc tym tropem, postanowiłam skorzystać z drzemki małego dziecka i położyłam się myśląć, że nie będzie kolejki.
Była.


Najpierw zadzwonili ze zakładu, że kolor się nie zgadza i że mnie spalą na stosie.
Jak będą palić.
Potem przyszło dziecko z podwórka.
Za dzieckiem przyszedł kolega. Kolega jest konsekwentny i zawsze puka do skutku.


Do dupy z taką drzemką.



poniedziałek, 2 lutego 2009

portret rodzinny we wnętrzach

Aramaj skończył nagle jedenaście lat i jest od tej pory oficjalnie pryszczatym nastolatkiem.
Na razie bez pryszczy.


Matka do Nastoletniego Syna: Skoro zostałeś nastolatkiem, to teraz pewnie zaczniesz się interesować seksem, co nie?
Nastoletni Syn do Matki: Nie zacznę.
Matka do Nastoletniego Syna: Jak to?
Nastoletni Syn do Matki: Nie zacznę, bo już zacząłęm.



Żona Kota (spod breżniewowskich brwi) do Męża: Nie widziałeś przypadkiem mojej pęsetki?
Kot (z wyższością) do Żony: Powinnaś wszystko trzymać w jednym miejscu.
Żona do Kota (kąśliwie): Nie ma to, jak otrzymać bezcenną radę od człowieka, który  m a  wszystko w jednym miejscu: w dupie.



Bunio nie ogarnia zaimków. Wygląda to tak:


Bunio się garnie. Wyciąga łapki i woła: Ja, ja, ja!
Mama się upewnia: Ty?
Bunio potakuje gorliwie: Ty!