piątek, 23 lipca 2010

hasta maniana

Jako, że życie jest podłe, a świat niesprawiedliwy, toteż nie zdanżam kupić obuwia letniego w tym sezonie. A jest wykluczone by prawdziwa la donna e mobile zasuwała kolejny rok w ten sam powtarzający się lać przyodziana.


Newer egein.


Pal licho polskie centrumy handlowe wypełnione po brzegi asortymentem, co to la donny nie jara, ale w pogoni za przeboską koturną udała sie ona na drugi koniec Europy a tam…


…no właśnie…


tam…


pocałowała.


Nie, nie don Fernanda pod wąsa, choć padły zawoalowane propozycje (tu wtajemniczonym podam jedynie hasło do ekskluzywnych sezamów: HAJ DRAGON!) lecz klamkę przenajróżniejszym nadśródziemnomorskim butikom.


Tak, panowie panie. Szok kulturowy. Inaczej tego bowiem nazwać nie idzie.


Idzie bowiem wschodnioeuropejski, rozwydrzony młodą demokracją konsument, co to go udręczone ekspedientki mają rozkaz obsługiwać do ostatniej kropli krwi, do południowoeuropejskiego sklepu obuwniczego, idzie, powiedzmy o 20.45.
Bo wiadomo: sjesta.
Rano sjesta, w południe sjesta, wieczorem myśli, że może się, może, w przerwę w sjeście ze swoim zapotrzebowaniem na wyroby skórzane iberyjskiego przemysłu obuwniczego (ichniejszy Radoskór) chytrze wpasuje ze swymi walorami na euro skrzętnie przeliczonymi.


Idzie buńczuczny, piórko mu się migoce.


Widzi magazyn skrzący się wielorakim asortymentem oraz oświetleniem w paśmie atrakcyjnym i zakupom sprzyjającym. Wkracza. Ślinianka mu pracuje, oko jak u jaszczębia połyskuje łypiąc, dłoń w krogulcze paznokcie nr 103 urban purple zdobna zaciska się już na pierwszym upatrzonym egzemplarzu, gdy wtem…


światła gasną
muzyka milknie
roleta opada (na szczęście tylko do połowy)
urocze ekspedientki przybierają naraz nieprzysiadalny wyraz ócz


i wszyscy konsumenci jak raz karnie odkładają na miejsca mierzone właśnie pepegi i przy akompaniamencie szelestu własnej odzieży opuszczają głowy i lokal.


eee…



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza