poniedziałek, 7 lipca 2014

jaja z pogrzebu

Takie mam natręctwo, że sobie z wszystkiego żartuję, prawdaż, czasem gorzko, ale jednak.

Wziął i umarł ostatnio nasz bliski kolega, znany jako Wujek De.
Po Wujku De zostały nieutulone w żalu Dwie Sarenki oraz Żona Wujka De, posługująca się odtąd czasem telefonem Wujka De.

Tyle tytułem wstępu.

Wczoraj dzień cały pląsałam swobodnie po łąkach, by wieczorem rzucić okiem na swój aparat telefoniczny i skonstatować: O, pięć nieodebranych połączeń! Wyliczyłam na głos: Dzwonił ten, ów, tamten oraz Wujek De zza grobu...

Tu Buniowi szczęka opadła, spojrzał na mnie oczami jak spodki i zapytał: COOO?

Nic, synku, mamusia jest jebnięta.

niedziela, 6 lipca 2014

hejt na wszystko

(- Możesz do mnie nie mówić przez  p i ę ć  m i n u t ?)

Tak sobie myślę, że chyba już nigdy nic nie napiszę, bo ktoś mi kropkę smarkami podlał i odtąd nie mam już kropki  A tak bez kropki, to co?

W zasadzie nie jest to pierwsza klawiatura pozbawiona znaków, którą znam  Poprzednio własnoręcznie zabiłam bezprzewodową klawę do maka, bo spojrzawszy na nią krytycznie udałam się do kuchni, namoczyłam ścierę, podlałam ludwikiem i wytworzoną w ten sposób pianą spowodowałam przekierowanie impulsów elektrycznych gdzieś, chyba w biurko  Kto zabroni bogatemu? Potem skruszona suszyłam urządzenie rok na kaloryferze  Suszę nadal, ducha nie gaszę

(- Możesz do mnie nie mówić przez  p i ę ć  m i n u t ?)

Mamy wakacje

Wspominałam już, że nienawidzę wakacji? Zastanawiam się, skąd biorą się u mnie niezmierzone pokłady nienawiści do wszystkiego, co raduje zdrową psychicznie część populacji?

I tak nienawidzę, co następuje:

wakacji
świąt
długich łikendów
ferii zimowych
sylwestów
a nade wszystko urodzin własnych (bardziej) i cudzych (mniej)
I właśnie zbliżam się do apogeum nienawiści

(- Możesz do mnie nie mówić przez  p i ę ć  m i n u t ?)
 
I teraz myślę: dlaczego?

Może dlatego, że od lat z górą siedemnastu nie miałam, co następuje:

wakacji
świąt
długich łikendów
ferii zimowych
sylwestów

Tylko urodziny miewam, w dodatku coraz bardziej trzycyfrowe

(- Możesz do mnie nie mówić przez  p i ę ć  m i n u t ?)

I może gdyby wszystkie te radosne okoliczności nie wiązały się z nieustanną tyrą (nie wyłączając opłaconych krwią i blizną beztroskich wakacji, z wytężonym baywatchem, dbaniem, smarowaniem, karmieniem i przewijaniem) to udałoby mi się je polubić nieco bardziej

A tak to nie

I nawet we własne urodziny nie dadzą człowiekowi wolnego dnia w gratisie - koniecznym jest co najmniej rzucić się do blach i wypiekać ciasta

Wspominałam już, że nienawidzę wypiekać ciast?

(- No już, mów: czego sobie życzysz?
 - Eeee…)





czwartek, 5 czerwca 2014

rosemary's nephew

Mój maleńki siostrzeńczyk w fazie pingwina serdecznie mnie nienawidzi.

Czym mu się naraziłam? Nie bardzo wiadomo. Może tym, że się pojawiłam, na co on zacisnął mocno powieki, a gdy otworzył po chwili oczy - nadal byłam.

Błąd.

Odtąd krzywi się z niesmakiem, patrzy bykiem oraz rzęzi growlem gdy mnie widzi. A najgorzej kiedy ja go widzę - nie wolno mi patrzeć. Jest zakaz. Zabronione. Mam bana na spojrzenia. Looking prohibited - ma wypisane na twarzy. Sroży brwi, odwraca głowę i zaciekle prasuje autkami, gdy tylko okazuje się, że złamałam jedenaste przykazanie, które mówi, że nie będę się przyglądać jemu, ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Wobec tego nie patrzę, strzepuję z twarzy piach, którym zostałam obsypana na znak dezaprobaty i nie chowam urazy - ja byłam taka sama.

Również byłam trudnym dzieckiem, które szczerze nienawidziło cióć. W zasadzie nienawidziło wszystkich, poza własnymi rodzicami. A były takie ciócie, które będąc nienawidzonymi pragnęły za wszelką cenę brzydkie to uczucie siłą wyplenić, złamać opór i oblać me czarne od nienawiści serduszko różowym lukrem miłości do cioci. Potrafiła taka ciocia gnieść, miesić, całować i łaskotać na śmierć. Do utraty tchu, do bólu trzewi, do granicy mózgowego porażenia dziecięcego. 

Będziesz mnie tu lubić, gówniaro uprzykrzona, nawet gdybym miała cię udusić gołymi rękami!

Nie ze mną te numery,  c i o c i u.

Pewnego razu, gdy byłam gwałcona przez ciocię, której ambicją było wycisnąć ze mnie uczucia wyższe metodą wyżymania, zaczęłam wyć i wyłam póty, póki RTG ręki nie wykazało, że nic mi nie jest, na co spocona ciocia sobie poszła.

I do dziś gdy czasem ją spotykam mam wrażenie, że ciągle ją dziwi, iż mówię ludzkim głosem, choć minęło już pół wieku od tamtych wydarzeń.



poniedziałek, 26 maja 2014

notki, których nie będzie

W najbliższym czasookresie najprawdopodobniej nie ukażą się notki na następujące tematy:

Jak cię widzą, tak cię piszą, czyli jak spotkałam byłego niedoszłego, czym się chwalił, z czego tłumaczył i z pomocą jakich to wypolerowanych urządzeń najpewniej poluje on na gimbazę

Kotek-piesek czy kotoosoba? - czyli co słychać u Kontrola.

Skąd się biorą części ciała - czyli jak umówiłam się z Dariuszem Rz. na randkę, która się nie odbyła i z jakiej przyczyny.

Na czym polega tajemnica braku mojego sukcesu w internetach - krótki acz bezcenny poradnik jak nie podążać tą drogą, któren obowiązkowo powinien być dodawany do bestsellerów Kominka, koniecznie w gratisie.

Mars napada - lub sąsiadka, że ją zalewam, śmierdzę czosnkiem i grzybową oraz łamię jej płot z użyciem dzieci płci obojga.

Mars napada II - czyli hipsterzy z ajfonami robią zdjęcia ładnym kwiatkom i bronią przyrody przed niechybną zagładą ze strony dzieci płci obojga.

Ponadto nie ukaże się najnowsza notka, w której zdradzam, jak po roku tęsknych westchnień dochrapałam się bardzo nowego roweru oraz publikuję zupełnie przypadkowo jego zdjęcie - np. to, którego nie zrobiłam, a było bardzo do zrobienia, gdyż na bagażniku wiozłam naręcze łubinów. Gdy dowiozłam, wyglądały jak kiszonka. Ale to informacja z działu o tajemnicy braku, rozdziału zatytułowanego - Upuść kleksa na fejsie i czekaj burzy oklasków.

Tyle się nie ukaże. Choć i co do tego nie ma pewności.
A co się wszakże ukaże - jeszcze nie wiadomo.

piątek, 16 maja 2014

o wyższości bażanta nad innym drobiem

Z okazji nadchodzącego święta rodziny Buniozyl sporządził wzruszającą laurkę zdobną w kotki, kwiatki, paczuszki oraz błędy ortograficzne.

I portrety.
Dwa portrety.

Na jednym kura.
Na drugim - Bażant!



Kura zgarbiona, przyziemna, wzrok wbity w podłogę, dotknięta słoniowacizną, opuchła, palce jak serdelki, włos bury, skołtuniony...

A Bażant!
Sylwetka młodzieńcza, pierś wyprężona, uśmiech na jasnym obliczu i tak sobie idzie, dziarsko, frunie niemal. Dres ma czarny, pewnie szybkoschnący z softszela, wyszczuplający.

Kura - kiecka z flaneli, niemodna, but ortopedyczny. Pończochy ma takie zwałkowane, ubrana jest, wiesz, nieładnie, jesionkę taką ma...

A Bażant - włos rozwiany, bujny, ani śladu siwizny, bez grama łysiny, pewnie poprzeszczepiany, brzuch płaski, oko bystre. Frunie sobie w chmurce z setek (i dziesiątek na napiwki), a obok niego serce pulsuje uczuciem, co to z młodej piersi się wyrwało. Z młodej.

Kura pierś kurzą starą ma, uwiędłą, drepce śladem Bażanta, dłoń niczym bochen po jałmużnę wyciąga nieśmiało. Bo co ma kura? Kura ma nic. Nawet siaty kura nie ma. Kura nie ma nic. Nawet ściery.

A Bażant! Bażant ma wszystko, najpiękniejszy kęs życia kurze ujadł, urodę, pieniądze ma w portfelu, miłość i uwielbienie. Unosi jasny portfel jej, zabiera wszędzie. Umyka z nim. Rzuca kurze dychę i pędzi za głosem serca.

A jak!

wtorek, 15 kwietnia 2014

beauty reviev

Jezusmaria! Wszędzie widzę stare baby!

Nie wiem, czy to nie tak, jak kiedy się jest w ciąży - wtedy też zewsząd wyłażą brzuchatki.

Ale żeby to były takie zwyczajne, oswojone stare baby, to nie.

To są stare baby telewizyjne, tym bardziej makabryczne. Wczoraj, weźmy, podali rudą Katarzynę - fizis powykręcana botoksem - jedno oko się nie zamyka, drugie się nie otwiera, kącik ust zwisa smętnie, czółko gładkie jak gres polerowany i takoż nieruchome. Strach. A potem, na domiar, Joanna z Kurowa przemawiała bełkotliwie wargą sromową sterczącą z twarzy obrzmiałej jak po ostrym ciągu.

Naprawdę pięknie! Lubię to!

To i jeszcze makijaż permanentny - groźne, czarne brewki puszczone objazdem, usta ze spadem 3 mm i wydziubane w kółko oczki.

Mam wrażenie, że świat pędzi ku silikonowej przepaści, choć niektórzy już zawracają - taka stara od Beckhama wyjęła sobie podobno ping pongi.

Ja wiem, może mi się fajnie gada, ale jak mnie samej ryj się całkiem zsunie z czaszki, inaczej będę śpiewać. Na razie jednak po stokroć wolę przeoraną zmarszczkami na wszystkie strony twarz Małgorzaty Braunek, niż owe napuszczone spulchniaczami i polepszaczami żałosne karykatury.

Na razie.
W razie czego odszczekam.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

kury i myśliwi

Buniozyl żyje szeroko.

Jak ma kasę - wydaje. Jest w stanie upłynnić każdą gotówkę w szkolnym automacie. Jeśli sam już nie wchłania - stawia całej świetlicy i przyległym instytucjom.

Ma gest i zapotrzebowanie. List do zajączka/świętego Mikołaja w wykonaniu Buniozyla opiewa na pięć stron A4 i zawiera pół miliona pozycji.

Nie gromadzi, nie chomikuje - wydaje.

Dziś na przykład był na wycieczce w Krakowie. Przywiózł z tamtąd gorejące kryształowe dewocjonalium na soli oraz dwie metalowe zawieszki Manchester United pięć złotych sztuka. Identyczne. Na pytanie dlaczego dwie takie same odpowiedział: "Bo chciałem mieć". Acha.

Co zabawniejsze była to wycieczka do centrum sztuki japońskiej. Skąd w Mandze mikrotabernakulum z tworzywa imitującego kruszec?

Dla porównania Aramaj z takiej samej wycieczki przywiózł darmową karteczkę w krzaczki na czerwonym sznurku. Bardzo gustowną, długo wisiała u niego na lampie. Do czasu, aż pewnego dnia miał zły humor i musiał ją podrzeć. Lampę zresztą też.

Dziwne są te dzieci - każde inne, człowiek nigdy nie wie, co mu się wykluje.

Tak samo jest z kotami.

Kot wchodzi/wychodzi przeciąg robi. Jego status zmienił się diametralnie - obecnie jest to kot rezydent. To już nie jest kocie dziecko, które można było sobie zagarnąć w przypływie uczucia z kanapy, wytarmosić i dać się pokąsać. Obecnie nie kąsa, gdyż jest w większości nieobecny, a co za tym idzie jego zęby. I pazury - dawno żadne z dzieci nie miało podrapanego ryja, gdyż kotecek jeśli drapie, to wyłącznie po oczach.

Z początku było nam trochę nieswojo, wieczorami wychodziliśmy wołać na taras. A małżonek jako nadpobudliwa matka latał wręcz po placu, nawoływał histerycznie i nie wracał, dopóki nie wytargał futra z chaszczy. Mnie również gorąco namawiał do tych zboczonych praktyk i na moje: Eee, tak w piżamie... wyrzucał mi, że jestem bez serca.

Obecnie nikt już nie zawraca sobie tym głowy. Matką wyjechała - kot ma spokój. Ociepliło się, okno uchylone, zwierzę pojawia się i znika kiedy chce.

I wyłania się z krzaczorów słysząc nasze kroki na chodniku! I to jest zupełnie tak, jak mówił lis! Wzruszające.

Lis mówił jeszcze, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dam znać, jak przećwiczę tę frazę na kocie.

---

Bunio, jak był malutki mówił: Dziemy moku?

A teraz zastanawia się: Ciekawe, skąd ten ogień w smoku?
Może z gazowni? - psuję wszystko
Nieee - stwierdza z przekonaniem - my tam byliśmy bardzo blisko i tam nie było żadnej rury.

To pardon. Pozostaje realizm magiczny.
Zresztą mój ulubiony.