sobota, 18 lutego 2017

twój ziomek co się wozi, jest mi obojętny

Odkąd dosięgło mnie jednak pincet plus - choć w nieco przewrotnej formie, bo nie mam dostać, ale oddać, i nie pincet, tylko dziesiątki tysięcy monet - nieco, przyznam, przygasłam.

Jako osoba z natury ponura nie od razu zorientowałam się, że coś jest ze mną nie tak. Poznałam to dopiero po tym, że coś we mnie, imperatyw jakiś, nakazał mi słuchać radia "Damien Rice" na Spotifaju. Spoko radio, miłe dźwięki, stacja Czili w koncentracie odparowanym z quasikulturalnych bełkocików i przemycanych łagodnie nowinek z kosmosu w rodzaju "20 marca rozpocznie się astronomiczna wiosna i od tego czasu dzień będzie trwał tyle samo, co noc".

Zatem zdiagnozowałam u siebie: dół. Bolący dysonans wybrzmiewający echem w trzewiach spowodowany uszczelnieniem przez rząd systemu podatkowego. Straszliwa trauma, że sobie NIE KUPIĘ. Cios. Nie będzie się czym wozić na instagramie. Czym to leczyć? Co robić? Jak żyć?

Pocierpiałam, pożałowałam, porozdrapywałam, a jednak czas, ciężka praca i radio Czili leczą rany. Wykaraskawszy się nieco z utraconych plenerów, sprzętów, strojów, butów, ewentualnych zabiegów upiększających - odmładzania, przedłużania, zagęszczania i odsysania - doszłam do następujących wniosków:

Wszystko mam: niegarbate ciało co się jeszcze rusza. Miły pysk.

Starego - co mnie wkurwia, nie powiem, ale w nim czuję pokrewną duszę. Liczę się z tym, oczywiście, że najdalej pojutrze odejdzie z młodszymi, ale się nie nakręcam. Najwyżej odejdzie, jak owe dziesiątki tysięcy monet. Będzie wówczas wkurwiał młodsze. Dobrze im tak, szmatom.
Namawiam go zresztą, żeby, jeśli musi, odszedł jak najprędzej. Traktuję to w kategoriach przygody - liczę, że się wówczas zlecą chłopaki, a ja zakręcę wreszcie intelektem, błyskotliwym poczuciem humoru, erudycją oraz wdziękiem. Fajnych chłopaków nie powinno to mocno przerazić.

Dzieci mam. Dwoje, czy, jak chce rząd Beaty, jedno. Synów. DWÓCH, Beato. Udanych.
Jeden z nich chce zostać co prawda fizykiem teoretycznym, ale jest to w zasadzie jedyna jego wada.
W dodatku przy okazji studniówki okazało się, że ma figurę modela - manekina wiodącej firmy odzieżowej z Wisłą w godle i z Lewandowskim na liście płac. Wypruwszy sobie flaki zafundowaliśmy Annie waciki, a naszemu wiotkiemu dziecku outfit studniówkowy w modelu super slim. Ku naszej uciesze okazało się, że niczego nie trzeba zmieniać: długości rękawa, nogawki, przesuwać guzika. NIC. Uradowani tym niewątpliwym propsem daliśmy mu na trzecie Rubik.

A DRUGI, Beato, jest miły, wesoły, leniwy i śliczny. Typ sportowca, z czego wnoszę, że zamieniony w szpitalu. Niezłomny kurczak walczący dzielnie z wszystkimi przejawami grawitacji. Człowiek zabawa. Człowiek nie-dla-tabliczki-mnożenia. Człowiek stylówa-i pasta-matująca-muszą-być. Człowiek o niebezpiecznych skłonnościach artystycznych.

Koty mam. Dwa. Jednego w pasiastych rajtuzach. Drugiego czarno-czarnego. Ten czarno-czarny jest bardzo fajny. Pasiasty jest fajny. Nie leją do butów. Jest OK.

A że nie mam smega? Kiedyś miałam, to się chuj popsuł. I co? Rdzewieje gdzieś na szrocie. A trzeba było zostawić. Do zdjęć. Niby od niechcenia fryzować skromne obierki w kuchni, tak, by nie zasłonić logosa. Teraz to wiem. Tu znowu kłania się syndrom pustego talerza po sushi. Że najpierw zeżrę, a potem sobie przypomnę o palącej konieczności wykonania zdjęć na instę i opublikowaniu ich z haszem #polishgirl #brunette #skinny #love.

Raz z nim zawalczyłam, z tym syndromem. Niestety, bez skutku.

Byliśmy z małżonkiem w modnej miejscowości w hipsterskiej smażalni. Gdy pulsujący ledami numerek zabrzęczał, mąż mój pobiegł po rybę z prostackim zamiarem, by ją zjeść.
- STÓJ!!! - krzyknęłam w trwodze i wyjęłam telefon by sfotografować potrawę i z pomocą adekwatnego filtra nadać skromnej flądrze wygląd kawioru.

Widząc moje starania by "jak uwiecznić chwile na świecie" jeden z siedzących przy sąsiednim stoliku nietrzeźwych młodzieńców odezwał się:

- A pamiętacie - rzekł tubalnie, że niby do kolegów - jak w latach osiemdziesiątych człowiek robił zdjęcie obiadu polaroidem i potem latał po piętrach, żeby wszystkim sąsiadom pokazać?

I po co ja to słyszałam? Mogłam przecież pójść do innej smażalni. W innej modnej miejscowości (choć nie wyobrażam sobie modniejszej, umówmy się). A i owi młodzieńcy mogli chlać gdzieś indziej. Dlaczego takie komunikaty opaczność podsuwa właśnie mnie?

A tak pragnęłam zaistnieć. To podłe!


czwartek, 9 lutego 2017

trash reviev

Zawsze bulwersowało mnie, jak można z dnia na dzień porzucić dobrze prosperującego bloga.
Ot, tak po prostu przestać pisać. HALO! Proszę nie zamykać! Przecież ja tu jestem! Czytam! To jakiś skandal.
I proszę. Okazuje się, że można. Nie wiem, o co chodzi. Może z blogów się wyrasta, okazują się za małe, albo za duże, jeśli się zrzuciło 45 kilo. Nie pasują, nie nęcą, nie bawią. Nie ucząc. W ogóle: nie.
Są przecież jakieś tam przygody, są nawet nieśmiałe próby opisania ich w najdrobniejszych szczegółach. Ale to gaśnie, ucicha, psyt - iskierka zgasła.

---

Nie wiem, jak się do tego zabrać. Do tego pisania, gdyż mnie jakby ono, to pisanie, przestało interesować.

---

Zimno. Kot oddał mocz na gazetę. Porcję z trzech dób zdaje się.
Najpierw udał się bez przekonania do kuwety, gdy tam jednak coś czarnego skoczyło mu na plecy zmienił zdanie i poszukał zaciszniejszej destynacji - gazeta leżąca zapraszająco w kącie kuchni wydała mu się w sam raz.
Za karę musiał się skonfrontować z minusową temperaturą na zewnątrz. Czarne też - odpowiedzialność zbiorowa.

---

Panie doktorze, wszystko mnie nudzi.
Nudzi mnie fejsbuk, jak szlag mnie nudzi, a im bardziej mnie nudzi, tym intensywniej wypisuje do mnie, że mam 89 nowych powiadomień. Więc w nadziei, że nie skisnę z nudów zaglądam, co tam, co tam, a tam iks zmienił status, cokolwiek to znaczy, igrekowa serwuje wideokonferencję ze swej kuchni, a zet obchodzi piątą rocznicę zawarcia. Oszałamiające!
I wszystko już było. Nie wiem, czy winę za to ponosi jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni, ale wszystkie eventy są przeterminowane. Wszystko było wczoraj i dawniej. Czy nie wdusiłam jakiegoś guzika? A zresztą i tak bym się nie wybrała na żaden z nich, gdyż pielęgnuję w sobie zaawansowaną fobię społeczną.
Nudzi mnie telewizja. Telewizora nienawidzę jak wściekłego psa, gdyż widuję w nim persony, których ze wszech miar oglądać bym nie chciała. Ryje, na których widok, a nade wszystko dźwięk się okropnie denerwuję i określenie debil jest najelegantszym z tych cisnących mi się na usta. Odbiornik telewizyjny już dawno zamieniłabym w stolnicę do lepienia ruskich, gdyby nie fakt, że mój stary jest z nim synergicznie związany.
Nudzi mnie insta, o, jak mnie nudzi! Nic a nic mnie nie inspiruje, nie kusi, nie nęci. Nudzą mnie cudze bachory, cudze gacie, cudze graty i cudze kartofle z szafranem. Nie wiem. Nie znam. Nie chcę. Nie obchodzi mnie.
Naturę mam analogową. Zdolna jestem przetrzymać strima wyłącznie tych, których znam i lubię, pozostali mnie wyłącznie drażnią. I nudzą. Wyjątek stanowią ci, którzy coś robią. Owoc cudzej kreatywności doceniam. Tylko nie może być gówniany. I żeby nie robili za dużo. Co za dużo, to niezdrowo, proszę państwa.
Książki mnie nudzą. W większości. Wszystkie. Wyjątek stanowią jedynie biografie
Staram, bardzo się staram, ale refleksję mam taką, że to jest żenujące. Tako chwolba. Gorolsko. Tak mi bynajmniej szepce mój kręgosłup moralny rodem z zakamuflowanej opcji niemieckiej. Ale się staram, żeby se nie myśleli, no bo w końcu, jak cię nie ma w mediach, to nie żyjesz.
Weźmy, bylimy ze starym na lansie w Sopocie. Poszli my na rybę do smażalni. Wybraliśmy taką najbardziej vintage, jak nam się zdawało. wszystko było komifo, brudny piach, patyczki, zydle co prawda
Kiedy byłam małym chłopcem jęczącym z nudów, mamusia zawsze powtarzała mi, że nudzą się tylko ludzie nudni. Ależ ja muszę być nudna.
Może wyrosłam? Może już pora zacząć chodzić do kościółka?
Drażni mnie szkoła - instytucją do której się chodzi wyłącznie w celu pobrania kontetntu na chatę. A zadania domowe rodzą konflikty i wojny światowe bynajmniej u mnie na chawirze. co się tyczy dużego dziecka

---

Pacz, pacz na Brandżelinę! Taką miłość, tele dziecek napsuli. Udaliśmy się w podróż półprywatną na poły służbową.
I gdy tak pędziliśmy czas
Pewna niezręczność. Ba tak: 
Naszła mnie refleksja, że oto już wszystko zostało powiedziane, i gdy w tak pięknych okolicznościach przyrody nie chce się truć dupy o sprawach bytowych, to w zasadzie nie ma o czym rozmawiać.
Gdy już obejrzałam wszystkie swoje paznokcie i wysłuchałam wszystkich bolączek okupantów sąsiedniego stolika - on fotografuje się ze swoją byłą i nie ma na zdjęciu obrączki!!!
Mój stary na to CUDOWNIE! NARESZCIE NIE TRZEBA GADAĆ!
Strasznie się chłop wyczekał na to nareszcie.

---

Odkąd jestem w szponach kapitalisty nie mama czasu na nic: ze wsząd słyszę tylko: arbeit, arbeit, ruhe, schnella.
Z kolei wakacje w gronie rodzinnym wiążą się z niezliczonymi zespołami napięć, które miewają kolejno wszyscy uczestnicy wycieczki razem, lub każdy z osobna.
Idąc przez las i słuchając wyrzutów, szlochów, pretensji i wycia, czy też siedząc na plaży w narażeniu na mantrę KIEDY IDZIEMY? Kopiąc rów mariański bis aż do bólu kręgosłupa, wyobrażałam sobie, co też robią na urlopie moi bezdzietni znajomi?
Czy sączą zimne piwko na leżaczku? A może czytają, uwaga, książkę? No dobra, gazetkę. Ja swoje gazetki zawożę do domu nietknięte ludzkim okiem, choć od noszenia na plażę i smagania wiatrem piachem wyglądają, jakby zaczytywały się w nich je nieprzeliczone rzesze mnie.
Książek nie mam śmiałości nawet ze sobą zabierać.

Mój siostrzeniec jest jeszcze poetą i filozofem.
Mówi na przykład: opowiedz mi bajkę, jak jesteśmy teraz.
I planuje: Po obiedzie pójdziemy oglądać tę babę w kapeluszu i będziemy się śmiać. Bo mi się dzisiaj bardzo chce śmiać!

 ---

Infiltracja
Reptilianie
Gwałcić i plądrować
plan przejęcia kontroli nad ludzkością

---

Kurde bele!
Boli mnie pępowina
Trzeciego dnia miał kryzys, zadzwonił i szlochał, że tak bardzo za mną tęskni! Że muszą cały czas pracować, i że chce zostać tylko na jeden tydzień.
Na pytanie, czy nie jest mu zimno, powiedział, że jest mu zimno. Że jest mu cały czas zimno.
Wczoraj media doniosły, że w nocy była ewakuacja. Taka burza, że zwiało wszechświat i okolice.
Nie wiem, co się dzieje z moim.
Za to dziś - cudownie. 13 stopni i zachmurzenie duże. AccuWeather nie dodaje mi otuchy.
Wszystko sobie przypomniałam, co rokrocznie zapominam: że po to właśnie wysyła się dziecko na zagraniczne obozy do ciepłych krajów, by uniknęły.
Na wieść o armaggedonie, pobiegłam i wykupiłam w Decathlonie dział Spacery Południową Ścianą Lhotse i Kajakarstwo podlodowe na Morzu Północnym oraz Słodycze w Biedronce
Spakowałam tę musztardę po obiedzie i wysłałam mu do łagru.
Będzie na miejscu w piątek. Akurat wtedy mają zacząć się upały, ale nie uprzedzajmy faktów...

Taki książę, wychuchany cukrowy chłopczyk w bakaliach chowany.

Pierdolony polski lipcze! Masz u mnie przesrane!
Brat, gdy się dowiedział, że będzie HARCERZEM, nie zuszkiem, zawyrokował: OHO! TO BĘDZIE TURECKIE WIĘZIENIE!
I wykrakał, oj, wykrakał.

Na Orlą Perć w babmoszkach.

---

Znasz mnie, spałam, gdy się kończył świat.

Bardzo zaimponowała mi ostatnio Reni Jusis, która w jednym z wywiadów wyznała, że jeśli ma sprzątać to woli się zdrzemnąć.
Doznałam objawienia. Zwerbalizowała oto moją życiową dewizę, której, jako śląska kucharka doskonała, niezmiernie się dotąd wstydziłam. Ale oto objawiam ją światu, ulepszoną i poszerzoną o wykropkowane miejsce na dowolną czynność. Po prostu wolę się zdrzemnąć.
Nie wiem, skąd mi się to bierze. Czy brak mi potasu? Może jem za mało bananów i pomidorów. Ciśnienie mam jakieś takie na granicy implozji, zapadnięcia się naczyń. Raczej się słaniam. Raczej rzężę. Raczej mam dość. Mam zespół Munchausena rozumiany inaczej - otóż muszę się sama wlec za włosy w różne miejsca, bo inaczej nie pójdę. A i tak zwykle nie idę.

---

Czarno-czarna kreatura do złudzenia przypominająca nietoperza ujada mi pod drzwiami. Z jednym drobnym wyjątkiem - brak mu skrzydeł. Za to nie brak pewności siebie.
Drzwi poharatane, w miejscach gdzie nie są prewencyjnie oklejone - zen

 ---

I gdy tak sobie siedzę to i myślę, prawie jak Kinga Rusin, skoro ona może, to ja też, uczmy się od najlepszych. Zatem siedzę i myślę uporczywie i przychodzi mi do główki, że świat pełen jest przykrej muzy, pulsuje nią Spotifaj. Siedzę pracując i coś mnie uwiera, coraz większą irytację czuję, panie doktorze, wszystko mnie wkurwia, a doktor na to WYŁĄCZ SPOTIFAJA, bo ci się, pacjentko psychiatryczna modna muzyka włączyła, damplingsy, rubber dotsy, bokki, zimne, wykalkulowane dżwięki, bez serc, bez ducha, muzyka dla dementorów. W małych dawkach może i do przełknięcia, ale po przesłuchaniu całej płyty trzeba wziąć gripex i natychmiast pod kocyk
Modna sztuka: tak się teraz robi sztukę, róbmy i my. Nikt nie zapyta, o co w tym cho, gdyż nikt nie chce być wziętym za ignoranta. Och, ach, interesujące. CHYBA TY! Jeśli ktoś pragnie znać moje zdanie, to raczej brzydkie, nudne, nieciekawe. Pazłotko, a pod spodem. Nie zrozummy się źle - jestem entuzjastką sztuki zdegenerowanej, nie że tylko Matejki i Kossaki, ale lubię, jak jednak coś przeziera - może talent, może pasja, może wrażliwość. Albo chociaż warsztat. No dobra, wystarczy poczucie humoru. COKOLWIEK.
Monde blogi wnętrzarskie, gdzie dziewczęta w poczuciu misji opowiadają światu, jak przemeblowały sypialnię "tu dałam wieszak, tu kapcie, a tam nocnik". O macico!
Zrzynają od siebie na potęgę, inspirując się do tego stopnia, że nikt nie zgadnie czyja sypialnia czyja.
Wyłącz, nie lub, nie obserwuj. Za chwilę zostanę sama na świecie jak palec i będę tak trwać w samozachwycie jak Kinga.
Ociekając zajebistością.

---

Grasuję po internetach i się czepiam.
Czepiam się wszystkiego i wszystkich. Myślę, że jest to premenopauzalny wstęp do hejtu a'la Krysia Pawłowicz. Z gorejącym mieczem.
"Mam ciężki orzech do zgryzienia" zwierza się osoba, nazwijmy ją Wiewióreczka.
"Orzechy są twarde, nie ciężkie. Chyba, że kokosowe" - wtrącam kąśliwie i zacieram

---

Wiosną śmierdzi, co nie?
To chyba dobrze, choć osobiście nie wiem, gdyż znajduję się na zakręcie.
W wielu dziedzinach oraz na blogu.
Coś mnie on już nie bawi. To znaczy bawiłby mnie, gdyby mógł, lecz blog przecież nie ma nóg.
Nie no, oczywiście nie o to chodzi (bo nie ma nóg, XD)
Kot mnie drapie. Dzieciństwo u kotów jest przykre dla otoczenia. Osobiście wyglądam, jakbym chodziła odziana w drut kolczasty. Mówią, że ten kot jest brzydki. NO PRZECIEŻ WIEM. Jest nudny, czarno-czarny, nawet wąsy ma czarne, skubany. Przypomina nietoperza, tylko nie śpi do góry nogami. W każdym razie nie nocą. Nocami prowadzi jakieś wojny. Kontrol wieczorami skowycze błagalnie pod drzwiami, żeby go wypuścić na miasto, bo w przeciwnym razie Czupuś będzie go bezlitośnie ujeżdżał całą noc. O teraz

 ---

Hallo March!

Postanowiłam i ja pójść za modą i tym flagowym żebrolajkiem, pojawiającym się w różnych formach na blogaskach, instagramach i fanpejdżykach też zabłysnąć, ale nie poprzestać, a chytrze rozpocząć dzisiejszą porcję elektryzujących wynurzeń.

Dziś będzie o tym, jak to nie zdanżam.
- Nie zdążam.
- O, i pan też nie zdanża.

Że było? Wiem, ale ja nadal, z uporem i podziwu godną konsekwencją nie wykorzystuję życiowych szans, kierując się w życiu przestarzałą dewizą "siedź w kącie, znajdą cię".

Blogi mi uciekły, przeobraziły się
będąc właścicielką zabytkowego bloga pełnego w dodatku niepotrzebnych słów zbędnych
Na instagramie też się nie sprawdzam.

Mam słabść do rzeczy brzydkich, koślawych, pokracznych

Poza tym nie ma we mnie nieodzownej dyscypliny: najpierw zeżrę sushi, a potem dopiero sobie przypomnę, że należało je uprzednio sfotografować z odpowiednim filtrem,

Nie nadaję się
Nie chce mi się wstać, gdy

Żenuje mnie to. Niedobrze.












środa, 9 listopada 2016

jestże się poetą, czyli raczej tylko bywa się?

Miałam kiedyś kolegę, co go bardzo lubiałam.
Z Łodzi.
(JAKI ZŁODZIEJ?! - wykrzyknęła przerażona babcia T. na wieść, że na osiemnastkę tej ostatniej - bo nie babci, wyjaśnijmy to sobie - przybędzie ktoś z owego pięknego miasta).
Było. Minęło.
Obecnie kolega się wije, nie chce się spotykać. Wina pić. Ani ciastek. Trudno.
Może to być z powodu, że od rzeczonej osiemnastki minęło, lekko licząc, ćwierć wieku?
Nie wnikam. Nie rozpamiętuję.
Pozostały mi wszakże po nim twory wierszowane, które dziś znalazłam przy okazji szperania w papierach. Mieliśmy pisać razem. Pisałam tylko ja. Ot. Taki to typ. Oszust i blagier.

Zatem niniejszym publikuję owe dzieła z nadzieją na literackiego Nobla. Podobno profesór Krystyna chce zabrać Szymborskiej, bo w niej nie porusza struny. Niedobrze.
A, nie. Dobrze! Bardzo dobrze.
Bo jak już jej wyszarpią, a wierzę, że jak sobie coś postanowią, dopną swego, to może dadzą mnie? Bardzo na to liczę.

Krystyno, gotuj zatem ową strunę, ten czuły poetycki kamerton, któren nosisz w sobie...

Raz zoofil z miasta Łódź
Tam uczuwszy dziką chuć
Molestować jął czule
W miejskim ZOO tarrantulę
Dysząc: Och! Chociaż futro zrzuć!

Głodny tkanin łodzianin
Podjął pracę w dziale dzianin
A że lubił przekąski
Zjadał damskie podwiązki
Mógł: wszak on nie był weganin.

Raz fetyszysta z Łodzi
Stwierdził, że desus mu szkodzi
Bo gdy macał rajstopy
W sercu czuł on synkopy
Więc go teraz strój wierzchni uwodzi.

Ale, ale. Wśród tworów mniej lub bardziej kompletnych znalazły się również zarzewia, niektóre dość obiecujące. Weźmy to, oto, które po drobnych zmianach personalnych prezentuje się tak:

Perwersyjny typ bałucki
Ujrzał raz profesór w kucki...

Co było dalej? Kto był i widział, jak to się potoczyło?
Czekam na propozycje.
(Oczywiście odpalę coś z Nobla za współudział).



sobota, 10 września 2016

such a perfect day, I'm glad I spent it with you

Wczoraj znalazłam na ulicy pięćdziesiąt złotych.
Zapytałam dla formy: czy to pani? A może pan zgubił?
Postałam, poczekałam, czy zza węgła nie wyłoni się staruszka/matka pięciorga. Chociaż nie, matce pięciorga pięć dych w tą czy w tamtą nie robi w dzisiejszej dobie różnicy.
Zatem staruszka/emeryt/rencista bez ręki/nogi, za to obłędem w oczach, że zgubił, nie ma, co teraz będzie?!
Nikogo.
Wobec tego uznałam większością wewnętrznych głosów pięćdziesiąt złotych za dar od losu.
Aby to uczcić, pobiegłam do Biedronki po wino, i... to wino było przecenione!
Co za dzień! Co za szczęśliwy dzień!

wtorek, 7 czerwca 2016

mama, life had just begun

- Mamo, mamo! - wykrzyknął Bunio - Dziesiątego są zapisy do Top Model, jeszcze zdążysz!

Dziękuję ci, synku, za bezgraniczną wiarę we mnie i w moją omnipotencję, ale ten pociąg raczej już odjechał, o ile w ogóle kiedykolwiek zatrzymywał się na mojej stacji.

Wyobrażam sobie, co na mój widok powiedzieliby Woli i Tysio. Marcin najpierw wybałuszyłby gały jakby przełykał pingponga, ewentualnie jakiś wyjątkowo niesmaczny ejakulat, po czym, zmarszczywszy się szpetnie, zastrzeliłby mnie bez dania racji. Dejw natomiast przypatrywałby się tej rzezi okiem bławatnem niczym spodek z Bolesławca zmazując jedwabnym fularem krwawe smugi z hebanowego oblicza. Dżołana by zemdlała. Nie, kochanie, kariera modelki to dla mnie za trudna droga.

To już raczej Prodżekt Ranłej. Zaispirowana bowiem Jacykowem w swojej szafie jęłam przerabiać sukienkę. Góra do dołu, dół do góry i oto mamy bluzkę z podszewki i spódnicę ze spódnicy. Bywszy karczek może nam posłużyć jako staniczek albo opaska na włosy. Ewentualnie całość jako szmata do podłogi.

Motyw podróży pojawił się zresztą ostatnio w moim życiu nie po raz pierwszy. Uczestnicząc w zebraniu rodziców przystąpiłam do kręgu, w którym pewna mateczka narzekała, że jej dzieciątko siedzi przyspawane do kompa i se gra, nieroztropne. I że martwi się ona, iż jego pociąg odjedzie bezpowrotnie bez niego, a ono zostanie na peronie jak ten nieszczęsny pies Lampo.

Aby błyskotliwie wtrącić się w tę interesującą narrację miałam ochotę powiedzieć, że ja osobiście nie przewiduję dla moich dzieci kariery w kolejnictwie, natomiast moim skromnym zdaniem zwyczajnie szkoda życia. Darowałam sobie jednak nawiązania do PKP i tylko bąknęłam to tam o tym życiu, co przeszło wszakże bez echa, gdyż w zapatrywaniu rodziców szkoły wyścigowej to nie droga jest celem, a cel. Celem zaś jest kancelaria notarialna lub gabinet stomatologii estetycznej.

I wtedy dopiero można mówić o życiu.

sobota, 14 maja 2016

nocny lot

Nie wyspałam się.

Czupakabra spędził tę noc na łonie natury - doszłam do wniosku, że jeśli nie wypuszczę go w jego święto - piątek trzynastego - to go już nigdy od siebie nie uwolnię.
Tak więc ruszył w noc - czarno-czarny kot - by siać fatum i pożogę. Co tam dokładnie zasiał, nie wiadomo.

Przed wyjściem szczegółowo poinstruowałam Kontrola, co ma powiedzieć Czupusiowi - że z założenia psy to zło i ludzie to zło - chyba, że doświadczenie wykaże inaczej - a samochody to zło kategoryczne. Że ma mu wyłożyć, że chodzimy tylko po osiedlu i w lewo do lasu, a po drugiej stronie ulicy nie mamy czego szukać. Zaapelowałam do Kontrolnego sumienia, że skoro nauczył Czupusia bździć do wanny, to może mu zrobić pogadankę nt. bezpieczeństwa i higieny wycieczek. PRAWDA? Nic nie odpowiedział.

I poszli podzwaniając w mrok.

Niby spałam, ale jednak serce matki nie dawało mi swobodnie odpłynąć w fazę REM.

Rano, 7.22 wrócił Kontrol, ale sam. Gdzie masz Czupusia? Pytam. Wzruszył ramionami i poszedł żreć, bez serca. Narzuciłam etolę na peniuar i ruszyłam w mgły poranne z duszą na ramieniu. Idę, kiciam. Jest! Wylazł z ogródka sąsiadów. Zdrów i cały, lekko tylko oszołomiony. Zaprowadziłam do domu. Drapie się. Kłaki lecą. Jasne - myślę - pierwsza wycieczka i od razu pchła. To od zadawania się z osiedlową kocią żulerką. Kontrol NIGDY - odkąd pierwszy raz zwiał przez okno uchylne i po rusztowaniach - PRZENIGDY nie przyniósł do domu pchły. Jest kotem z pozoru menelskim, burym i rozczochranym, ale duch w nim arystokratyczny. Gdy żulia podchodzi, odgryza jej łeb i plwa do szyi. A ten od razu w umizgi i jest - wancka. Może jeszcze nie powiła - myślę. Zrobimy nielegalną aborcję. Wzięłam żywiciela na kozetkę i palpacyjnie wyczułam pasożyt, który następnie złapałam w pazury i utopiłam w klozecie. Płyń, po morzach i oceanach. Przy odrobinie szczęścia może spotkasz pana Maluśkiewicza na jego łupince orzecha.

Będziesz uratowana.

wtorek, 16 lutego 2016

dodawanie przez odejmowanie

Oto, dlaczego nigdy nie zostanę copywriterką:

Bo kiedy wymyślam tekst afirmujący przymioty łódeczek ziemniaczanych  przychodzi mi do głowy monumentalne hasło reklamowe:

"WYPŁYŃ NA GŁĘBIĘ! Głębię smaku z łódeczkami ziemniaczanymi firmy Takiej-a-Takiej".

I papież tiarze i ornatach pałaszujący z apetytem fryty.

Co ja mam w głowie! Żeby coś normalnego, kobieta, dziecko, dom, rodzina, pies - to nie.

Ale, z drugiej strony, czy rodzina-dom to jakaś stała niezmienna jest? Otóż nie.

U mnie na ten przykład nastąpiły w tym temacie przeszeregowania, przetasowania i cięcia. I oto, za sprawą miłościwie nam panujących, nie mam już dwójki dzieci, tylko jedno: pierwsze.
Proszę się nie bać! Nie żeby zaraz jakaś rzeź niewiniątek - żaden urzędnik państwowy dzieciątka z maczetą nie zdybał. Nic z tych rzeczy. Po prostu mój starszy syn skończył lat 18 i tym samym się wyzerował, a młodszy stał się samotrzeć starszym, najstarszym i jedynym, bo pierwszym. Teraz, by mieć drugie dziecko musiałabym powić trzecie (drugie w rozumie), bo póki co mam tylko pierwsze. Proste?

W kręgach filozofów powiada się w takich razach, że to robienie kurwy z logiki, ale co oni tam wiedzą, ten cały Sedes z Bakelitu i reszta. Grunt, że Beata policzyła i uśmiech zakwitł na jej marsowym obliczu. I o to chodzi. By Beata się uśmiechała. O nic więcej.

Osobiście czerpię z tego faktu wyłącznie wymierne korzyści, bo odtąd, gdy mój zerowy syn wyłazi rozczochrany ze swej pieczary z żądaniem śniadania, patrzę przezeń jak na powietrze, gdyż w świetle najnowszych obliczeń najtęższych umysłów (i łydek) nie jest już moim dzieckiem. I mijam go obojętnie z miną czy my się znamy.

Zatem program minus pięćset złotych na każde zerowe dziecko sobie chwalę i w imieniu własnym i świeżo upieczonego pierworodnego jedynaka serdecznie dziękuję pani Beacie wraz z kolegami, że tak to ładnie policzyli, że Albert w grobie czeźnie z zazdrości z tą swoją idiotyczną teorią względności, która mówi, że jeśli ja włożę palec do twojego nosa, to jest jeden palec i jeden nos, a i ja mam palec w nosie i ty masz palec w nosie.

Ale jeśli w miejsce palca i nosa podłożyć odpowiednio inne części ciała, to nam wyjdzie idąc tym tropem, że znów wszystkich wyruchali bez mydła.

Poza Albertem, ale on się skończył.