wtorek, 9 grudnia 2014

drżące ciało

Opowiem Wam historię pewnej Małej Dziewczynki.

Była sobie Mała Dziewczynka, trochę mała, a trochę duża - miała prawie 10 lat i marzyła o staniku i butach na koturnie. Jak wszystkie małe dziewczynki czasem była dobra, miła i wesoła, a innym razem zła, próżna i kapryśna - słowem niczym nie różniła się od innych małych dziewczynek.

Mała Dziewczynka miała kiedyś swój Różowy Świat, a w nim wszystko, czego potrzeba do bycia Małą Dziewczynką: dobry dom, Mamę, Tatę, Siostrę, a nawet psa.

Pewnego jednak razu Straszna Choroba wywróciła do góry nogami cały Różowy Świat Małej Dziewczynki - rozpanoszyła w nim na długo, by w końcu zabrać Małej Dziewczynce Tatę.

Tego dnia, gdy umarł Tata Różowy Świat Małej dziewczynki stał się Trochę Czarny.
 
A może Całkiem Czarny?

Tego nie wiemy, na oko bowiem Mała Dziewczynka była prawie taka sama jak dawniej i tylko kiedy było jej strasznie smutno zakładała któreś z ubrań Taty, ewentualnie, ale tylko w ostateczności, kiedy już naprawdę nie wiedziała co ze sobą począć, gryzła psa.

Życie toczyło się powoli swoim nowym rytmem i wszystkim się zdawało, że Małej Dziewczynce udało się to wszystko jakoś rozchodzić.

A jednak. Któregoś dnia w szkole Małej Dziewczynki dokonano makabrycznego odkrycia: znaleziono przyklejoną pod ławką KARTECZKĘ, a na niej Straszne Słowa. Słowa tak straszne, że kiedy Ciało Pedagogiczne przeczytało ich treść, przez jego ciało przeszedł dreszcz. Ciało zadrżało, zwłaszcza, że to prosto w Ciało skierowany był cały negatywny ładunek emocjonalny Strasznych Słów. Straszne Słowa tak strasznie ubodły Ciało Pedagogiczne w jego godność, cześć, człowieczeństwo oraz powagę piastowanego urzędu, że postanowiło ono przeprowadzić skrupulatne dochodzenie, znaleźć winnego, osądzić i ukarać przykładnie.

Straszne Słowa Małej Dziewczynki uruchomiły lawinę. Tak, tak, to ona napisała. To ona przykleiła.

Czyn Małej Dziewczynki zakwalifikowany został jako zniewaga funkcjonariusza publicznego z całymi tego konsekwencjami.

Niby konsekwencje niewielkie - obniżone sprawowanie. Da się z tym żyć. To TEŻ na pewno uda jej się jakoś rozchodzić.

Ale czy tędy droga?
Czy to powinna być jedyna odpowiedź szkoły na zadany temat?
Czy tylko mnie się wydaje, że coś im umknęło?


Bardzo jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie o tej sprawie.



czwartek, 27 listopada 2014

wzięłam do ręki dziś moją rękę

Dopadła mnie listopadowa mizantropia - nie chce mi się z nikim gadać.

Mam długą listę zaległych połączeń: kilka nieodebranych i kilkadziesiąt niewykonanych, w tym jedno z życzeniami wszystkiego najlepszego.

Wracam z pracy, robię dzieciom ciepłą strawę, wsiadam w polarowe gacie w trupie czaszki i idę z Andrzejem do łóżka.
Naprawdę to lubię! Nie wiem, co to jest, ale mimo subtelnej różnicy płci, wieku i doświadczeń czuję, jakby był mną. Przepuszczanie przez mózg Stasiuka i robi mi takie mentalne uczucie powrotu do domu, że nawet mi się nie chce latać po centrach handlowych celem zgłuszenia weltszmercu.

Zatem uporczywie przesiaduję w tym domu, aż mnie dzieci obłażą - zaniepokojone moją absencją przychodzą, patrzą badawczo, że tak wszystko im wolno w każdych ilościach - komputery? telewizory? tablety? konsole? - symultanicznie. A ja nic.

Zwykle im wyrywam, zagaszam - włączają - wyłączam, wykręcam. Wykłócam się, łażę, zrzędzę, krzątam się, orzę ugory. A teraz nie - leżę. I co pan nam teraz zrobi? Nawet kot przychodzi uwalić się na moich nogach, choć zwykle zachowuje bezpieczny dystans - też jest mizantropem - nie lubi tego całego ludzkiego głaskania i choć znosi je z godnością, to woli ulokować się tam, gdzie dłoń nie sięga. U mnie wyczuwa stupor - wie, że nic mu nie grozi, więc pozwala sobie na więcej.

Mam takie nowe alibi - nie robię, bo czytam. Na nic nie mam czasu, nawet na czytanie. Bo czytam. Mam różne pozycje z biblioteki i w dupie. Zawsze miałam z biblioteki, w dupie też, ale z różnym natężeniem względem siebie. Teraz mam tak.

I ostrzygłam Buniozyla. Wygląda... staro. Dorośle. Nastoletnio.
Nie podoba mi się to.

niedziela, 16 listopada 2014

budzi mnie krzyk - czy wciąż się śni?

W zasadzie to nie mam weny, ale są sytuacje, które bynajmniej wołają o pomstę do nieba.

Na przykład to, że śniło mi się dzisiaj, że leżę na wersalce z Lewandoskim, Lewandoski zaczyna ugniatać mi cycki, powiedzmy sobie szczerze dość boleśnie, ale niech tam, w końcu sportowiec.
Na to wszystko wchodzi jego stara i…

Dzwoni telefon, wcale nie we śnie - całkiem na jawie dzwoni, numer prywatny, wyrywa mnie ze snu (sic!), ryczy mi do ucha o 01.11!

Nosz kurwa mać!!!
Czy człowiek nie może już nawet spokojnie przelecieć Lewandoskiego, żeby mu jakiś zboczeniec nie zadzwonił o pierwszej nad ranem?! Chryste Panie, widzisz i nie grzmisz! I nawet nie zdążyłam wziąć odwetu, bo się rozłączył (i zbok i Lewandoski), a już chciałam wrzasnąć w słuchawkę słowem żwawszem, coś o chuju, niech stracę i o kurwie, niech ma.

Ja to w ogóle mam kłopot ze snami erotycznymi.

Na przykład śni mi się jeden taki, nie znacie.
No więc śni mi się, cieszę się okropnie, bo to pierwszy sen na nowym miejscu, rozumiecie, na bank się spełni.
Zatem śni mi się, jest zwierzęcy magnetyzm, te sprawy. Już całuje mję on w alabastrową mą szyję, a mnie pierś faluje, łopocze na wietrze, gdy wtem, własnym uszom nie wierzę: zaczynam temu biednemu człowiekowi truć dupę: Alesz moje dzieci, twoje dzieci, twoje żony, moje żony. Koszmar.

Już wolę, żeby śniło mi się, że nie mam majtek na mieście, ewentualnie, że jutro matura, a ja nie umiem NIC.

piątek, 19 września 2014

koty i rowery

Czy wszyscy macie już koty i rowery?

Jeśli ktoś jeszcze nie ma roweru, to trudno, choć życie takiego człowieka jest puste i pozbawione rozmaitych podnietek. Takich jak ta na przykład, że jadąc przez park do zakładu spotykam co dzień grupki chłopaków rocznik 30. i wzbudzam ich niekłamany zachwyt, zgodnie z zasadą: tu biuścik, tam nóżka, nie ten wzrok. Nie wiem, skąd się te dość liczne grupki rekrutują, gdzie opodal znajduje się klub seniora, zrzeszenie kombatantów czy dom spokojnej starości, niemniej bardzo mnie ich obecność cieszy, bo zawsze to miło zostać boginią zaraz z rana. Robi mi to dzień, choć czasem coś go zburzy, gdyż już na przykład w oczach chłopaków rocznik 90. i więcej jestem najwyżej gadającym stojakiem na produkty impulsowe.

Serio.

Stałam kiedyś w kolejce do kasy w sklepie sieci odzieżowej. Kolejka typu jedna kolejka. I gdy nadeszła pora na mnie, stojąca za mną dwójka rocznik 90. i więcej bezpardonowo wbiła na kasę, na moje zaś głośne protesty, że teraz ja, jeden spojrzał na drugiego nic nierozumiejącym wzrokiem, w którym wyczytać można było bezmiar zdumienia faktem, że głos słychać, a nikogo nie widać.

Nie jest to bardzo przykre, choć symptomatyczne.

I tu się przydaje kot, do ćwiczeń. Można przetrenować bycie lekceważoną(nym), zanim pierwszy raz ktoś młody i bezkompromisowy wejdzie po naszych plecach do tramwaju, korzystając z faktu, że potknęliśmy się i upadliśmy na tory.

Kot bowiem olewa, i to jest jego wielką zaletą, choć niektórzy twierdzą, że wadą. Niektórzy się nie znają. A potem płacz, bo wszyscy mają mnie w dupie. A tak, to by była sucha zaprawa, trening na fantomie i człowiek wiedziałby jak się zachować.

Wracając zatem do pytania głównego: czy wszyscy macie już koty i rowery?
A jeśli nie macie jeszcze kota, to na co czekacie, hę?

środa, 17 września 2014

szare, białe, kolorowe

Wygląda na to, że tu będzie teraz księga skarg i wniosków, a ja zostanę małostkową piczą i czepialską, ale niech będzie, co ma być.

Bo wyruchali mnie na poczcie - mają oto teraz jakieś nowe metody na paczki i wtulają je bez dania racji zdezorientowanej w taryfach ludzkości, a tymczasem stara, dobra paczka pocztowa nadal istnieje i jest tańsza.

3,50 mi ukradli! GEWAŁT! Pani pocztowa, na moją prośbę o druczek na paczkę, podała mi jakiś afisz, płen kruczków, krzaczków i okienek, a następnie gnąc się w lansadach zaproponowała mi esemesik potwierdzający doręczenie (jak się później okazało - 0,50, również niedrogo, a jakże przyjemnie).

Wyszłam z urzędu na takich dziwnych nogach - takich nieśpiesznych, się zastanawiających. Myślałam, że całe to nieporozumienie i nadpłata skutkiem tego, iż buciory, które słałam okazały się cięższe, niż je na oko wyceniłam ręcznie.
Tymczasem wróciwszy do domu, powodowana niepokojem o stan swojej cnoty zerknęłam złym oczkiem do taryf i wszystko stało się jasne: trepki zważyłam bezbłędnie, cenę przesyłki ustaliłam bez pudła, po prostu pani pocztowa, na moją prośbę o druczek, miast cichaczem wrzepić mi druk opiewający na nową usługę, powinna była, być może, chociaż ja się nie znam, ale tak sobie myślę, zapewne nie mam racji, że zamiast mnie omotać tym papierzyskiem, a oczy jej w lewo uciekały, winna była napomknąć o nowej usłudze, że jest i czy mam na nią ochotę.

Nie mam, proszę panią!

Poczuwszy dław dysonansu znalazłam naprędkie wytłumaczenie zaistniałej sytuacji - ja walnęłam  w rogi ludność na allegro posługując się podstawionym licytanatem (licytatorem?), by nieco podgrzać atmosferkę na aukcji, bo czeguś szła niemrawo, a zaraz potem mnie dmuchnęły listonosze.
Natura nie znosi próżni :) Proste!

To tyle co się tyczy mnie osobiście, ale.

ALE jeśli w ten sam sposób udało się dzisiaj Poczcie Polskiej przelecieć 10000 osób (a udało się na pewno, bo przede mną też babę stuknęli tą samą metodą), to już są 35000 do przodu, a jeśli 100000
to tera ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie.

Nowym lambo.