wtorek, 15 kwietnia 2014

beauty reviev

Jezusmaria! Wszędzie widzę stare baby!

Nie wiem, czy to nie tak, jak kiedy się jest w ciąży - wtedy też zewsząd wyłażą brzuchatki.

Ale żeby to były takie zwyczajne, oswojone stare baby, to nie.

To są stare baby telewizyjne, tym bardziej makabryczne. Wczoraj, weźmy, podali rudą Katarzynę - fizis powykręcana botoksem - jedno oko się nie zamyka, drugie się nie otwiera, kącik ust zwisa smętnie, czółko gładkie jak gres polerowany i takoż nieruchome. Strach. A potem, na domiar, Joanna z Kurowa przemawiała bełkotliwie wargą sromową sterczącą z twarzy obrzmiałej jak po ostrym ciągu.

Naprawdę pięknie! Lubię to!

To i jeszcze makijaż permanentny - groźne, czarne brewki puszczone objazdem, usta ze spadem 3 mm i wydziubane w kółko oczki.

Mam wrażenie, że świat pędzi ku silikonowej przepaści, choć niektórzy już zawracają - taka stara od Beckhama wyjęła sobie podobno ping pongi.

Ja wiem, może mi się fajnie gada, ale jak mnie samej ryj się całkiem zsunie z czaszki, inaczej będę śpiewać. Na razie jednak po stokroć wolę przeoraną zmarszczkami na wszystkie strony twarz Małgorzaty Braunek, niż owe napuszczone spulchniaczami i polepszaczami żałosne karykatury.

Na razie.
W razie czego odszczekam.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

kury i myśliwi

Buniozyl żyje szeroko.

Jak ma kasę - wydaje. Jest w stanie upłynnić każdą gotówkę w szkolnym automacie. Jeśli sam już nie wchłania - stawia całej świetlicy i przyległym instytucjom.

Ma gest i zapotrzebowanie. List do zajączka/świętego Mikołaja w wykonaniu Buniozyla opiewa na pięć stron A4 i zawiera pół miliona pozycji.

Nie gromadzi, nie chomikuje - wydaje.

Dziś na przykład był na wycieczce w Krakowie. Przywiózł z tamtąd gorejące kryształowe dewocjonalium na soli oraz dwie metalowe zawieszki Manchester United pięć złotych sztuka. Identyczne. Na pytanie dlaczego dwie takie same odpowiedział: "Bo chciałem mieć". Acha.

Co zabawniejsze była to wycieczka do centrum sztuki japońskiej. Skąd w Mandze mikrotabernakulum z tworzywa imitującego kruszec?

Dla porównania Aramaj z takiej samej wycieczki przywiózł darmową karteczkę w krzaczki na czerwonym sznurku. Bardzo gustowną, długo wisiała u niego na lampie. Do czasu, aż pewnego dnia miał zły humor i musiał ją podrzeć. Lampę zresztą też.

Dziwne są te dzieci - każde inne, człowiek nigdy nie wie, co mu się wykluje.

Tak samo jest z kotami.

Kot wchodzi/wychodzi przeciąg robi. Jego status zmienił się diametralnie - obecnie jest to kot rezydent. To już nie jest kocie dziecko, które można było sobie zagarnąć w przypływie uczucia z kanapy, wytarmosić i dać się pokąsać. Obecnie nie kąsa, gdyż jest w większości nieobecny, a co za tym idzie jego zęby. I pazury - dawno żadne z dzieci nie miało podrapanego ryja, gdyż kotecek jeśli drapie, to wyłącznie po oczach.

Z początku było nam trochę nieswojo, wieczorami wychodziliśmy wołać na taras. A małżonek jako nadpobudliwa matka latał wręcz po placu, nawoływał histerycznie i nie wracał, dopóki nie wytargał futra z chaszczy. Mnie również gorąco namawiał do tych zboczonych praktyk i na moje: Eee, tak w piżamie... wyrzucał mi, że jestem bez serca.

Obecnie nikt już nie zawraca sobie tym głowy. Matką wyjechała - kot ma spokój. Ociepliło się, okno uchylone, zwierzę pojawia się i znika kiedy chce.

I wyłania się z krzaczorów słysząc nasze kroki na chodniku! I to jest zupełnie tak, jak mówił lis! Wzruszające.

Lis mówił jeszcze, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dam znać, jak przećwiczę tę frazę na kocie.

---

Bunio, jak był malutki mówił: Dziemy moku?

A teraz zastanawia się: Ciekawe, skąd ten ogień w smoku?
Może z gazowni? - psuję wszystko
Nieee - stwierdza z przekonaniem - my tam byliśmy bardzo blisko i tam nie było żadnej rury.

To pardon. Pozostaje realizm magiczny.
Zresztą mój ulubiony.



piątek, 28 marca 2014

oskarżam cię!

Mam taką refleksję odnośnie płci męskiej, że nie idzie, no nie idzie.
Mówisz coś, wykładasz, prosisz, tłumaczysz i jakbyś kamień jadła.
Weźmy dziecko - taki chłopiec - pierwotnie jest ono miłe, ładne, ciepłe, wrażliwe, uczuciowe, tkliwe, czułe, sympatyczne. Jest twoim najlepszym przyjacielem. Mówi do ciebie ściskając mocno w pasie: mamusiu, uwielbiam cię, jesteś taka kochana!

Do czasu.

Do czasu, kiedy testosteronu dostanie i czar pryska. Mózg zostaje sformatowany pod krój męski i odtąd meandr jego układa się we wzów stanowiący dokładną odwrotność rzuciku damskiego. Twarz mu ponadto blednie, włos mu rzednie, chcoć niby nie od razu, ukradkiem, po jednym, syfy jakieś wyskakują, na plecach i w ogóle, stopa dymi, pysk wielki mu się robi, i się drze o co bądź z uporem godnym lepszej sprawy.
Na każdy temat, każdy powód jest dobry, żeby narobić darmowego mentalnego syfu, żeby uelastycznić naczynia wieńcowe, przetrenować korę nadnerczy. Taka metoda wyrażania uczuć. Nie wprost. Jest mi źle, więc cię zajebię, gdyż tylko na ciebie mogę liczyć w tej i w każdej innej sprawie. Świat ma mnie w dupie, więc giń. Kara musi być.
Żadnej płaszczyzny porozumienia, punktów stycznych, nic tylko wojna, wojna, wojna, napierdalanie o wszystko drzwiami i ten wielki ryj. Taki styl. Bardzo męski.
I to ustawiczne handryczenie się o wszystko od bledego świtu: wstań wstań wstań wstań - do ciemnej nocy: kładź się kładź się kładź się kładź.
Ciągła spina, żeby nie spotkać w przedpokoju, jak z wykrzywioną nienawiścią mordą będzie lazło do żabki po kokakolę (piwo, ćwiarteczkę, niepotrzebne skreślić).
Jeden w drugiego, toczka w toczkę - jaki ojciec, taki syn, jaki mąż, taki brat - banda chuja - kumulacja wadliwych genów, najtrudniejszych cech, najbrzydszych przywar i najgłebszych kompleksów.

Same, proszę panów, kurwy - i tylko ja - księżniczka.

wtorek, 18 lutego 2014

co wracają nad ranem (nie same)

Od kiedy Kontrol stał się kotem wolnowybiegowym, nie ma ciszy w bloku.

Jak już nadmieniłam, rewitalizują nas. Unia Europejska daje na to megawaty, by luksusem znów zabłysły nasze kurne dotąd chaty. Wobec tego chłopaki gwałcą od siódmej do szesnastej, z przerwą o dziesiątej, od poniedziałku do soboty włącznie, z tym, że w sobotę udary rozlegają się tylko do trzynastej.

Bardzo przyjemnie jest mieć kogoś blisko, zwłaszcza w trakcie łazienkowych ablucji poczuć można miły dreszczyk, gdy wtem w oknie wedle wanny zjawi się szczera twarz chłopca w żółtym kasku. Albo chociaż jego muskularny cień przemknie ścianą wizawi.

Nie jest nudno - człek nigdy nie wie, który z pięciu dotychczas obrabianych budynków zostanie zaatakowany dziś siódma zero pięć z kafara. Metoda, podług której chłopaki skaczą z elewacji na elewację, pozostaje dla mnie jak dotąd nieodgadniona, choć uwielbiam łamigłówki, a całe dzieciństwo spędziłam na gapieniu się na rzucik z rolki na ścianie w domu babci i zastanawianiu się, gdzie się styka, gdzie rozchodzi, gdzie mija - na obserwacji amplitud i opracowywaniu odnośnych statystyk. Tu jednak moja biedna głowa pozostaje w rozterce - nic dwa razy się nie zdarza, a każdy z domów jest nadgryziony to tu, to tam, jak chatka z piernika po ataku wygłodniałych Jasiów w kamizelkach z odblaskiem.

Całość przedsięwzięcia spowija woal z siatki, pod którym kryją się rusztowania i stąd właśnie bierze się nieoczekiwana wolność kota Kontrola.

A zaczęło się wszystko od tego, że pewnego dnia wróciłam z zakładu, a tu nic. Otwierając drzwi jak zawsze przygotowałam właściwie wygiętą nogę, gdyż trenujemy koci drybling - kot zawsze prze ku wyjściu i należy go kończyną przesterować ku wnętrzu. Komu się ten manewr nie uda, biega za karę za kotem po piętrach.
Zatem wsunęłam czujnie stopę w laczku w szczelinę, a tam - nic.
Nic nie tylko w przedpokoju, ale również kuchni i łazience nic. W pozostałych izbach nic.
Szukam-wołam. Nic. Grzechoczę chytrze pudłem z chrupami. Nic. Znaczy - albo śpi, albo nie żyje. Zachodzę do sypialni, a tam okno uchylne otwarte, a ZA OKNEM siedzi kot i paczy.
Przeniknął. Z narażeniem życia, albo chociaż którejś z łap, wylazł górą i puścił się w miasto.

Wonczas zapadła we mnie męska decyzja nadopiekuńczej matki - Idź! Płyń po morzach i oceanach! I tylko nie daj się ocieplić styropianem.
Założyłam mu na szczęście jego czerwone majtki z dzwonkiem i numerem telefonu. Chciałam pomachać...

Pooo-szed!

To było długie popołudnie. Dzieci płakały: Dzie kotek? Dzie kotek? Zawsze był! Chcemy przytulić kotka! Nie ma! W sercu niepokój - może go otruli, podpalili, pogryźli, przejechali? Na pewno umarł, nie żyje, zdechł, skonał, leży, broczy, jęczy, charczy, rzęzi, dogorywa.

Zjawił się o drugiej w nocy - zawisł znacząco na drzwiach od tarasu. Wrócił taki trochę spracowany, skrzący, upanierowany na szaro w azbeście.

Szczęśliwy.

I byłoby wszystko pięknie, ale odtąd właściwie nie spałam. Bo albo wraca w środku nocy, albo nachodzi go nagła chętka, by wyjść i o czwartej nad ranem rozpoczyna skoki i zgrzytanie pazurami o szybę. Rzucanie butami, jaśkami i telefonem pomaga jedynie doraźnie. Nie ustaje, dopóki nie dopnie swego.

To, że się go wypuści, nie oznacza, że nie trzeba go będzie zaraz wpuścić.

Niewypuszczony gryzie w nogę.

Wtedy marzę, że go otruję, podpalę, pogryzę i przejadę.
Osobiście.


piątek, 31 stycznia 2014

31.01.1998

Skoro dziś światowy dzień przytulania, to wyznam, że przytuliłabym, powiedzmy, dwie duże bańki.
To może by mnie nieco rozchmurzyło, bo od nowego roku cierpię na zachmurzenie duże, ergo - wszystko mnie wkurwia, ale to akurat nic nowego.

Ponadto świętujemy dziś również Światowy Dzień Aramaja - równo 16 lat temu w pokoju z widokiem na morze, a może na palmy, ewentualnie na zachód słońca, nie pamiętam dokładnie, gdyż zaistniałe wypadki wypaczyły mi percepcję - przyszedł na świat Muminek. Tę wdzięczną ksywkę otrzymał jeszcze w życiu płodowem, na wskutek wróżby andrzejkowej, w trakcie której wyświetlił się na ścianie jak ta lala. Szczęściem, jako osóbka stosunkowo młoda i płocha, nie wiedziałam, co takiego jest w muminkach, że nie można ich sprać z koszuli, w związku z czym z czołem jasnym czekałam na tego swojego.

I się doczekałam. Był. Przyjechał. Cały i zdrowy. Spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby mówił: DLACZEGO? Sama nie wiem. Tak jakoś wyszło, że oto, synu, otrzymałeś ode mnie bezcenny dar życia i się użeraj. Sorki.

Czas, jak widać, wartko płynął i obecnie jest to raczej Paszczak, ale nie tracę nadziei, że mu pewnego dnia mózg odrośnie i nie trzeba go już będzie więcej walić pięścią w wadliwą przysadkę.

Pytanie tylko: CO BĘDZIE W TYM MÓZGU?

Czym bowiem zajmuje się przeciętny nastolatek? Otóż zajmuje się on braniem na klatę fakenszyta z internetów, a jak wiadomo, internety fakenszytem stoją. Zatem ten konkretny przeciętny nastolatek (dla ułatwienia nazwijmy go Paszczakiem) wchłania. Miał on od zawsze umysł chłonny i bystry, zwłaszcza w czasach, gdy jeszcze nie rządziła nim przysadka, i dopóki ktokolwiek miał wpływ na to, CO wchłania. W szóstej klasie, na przykład, wziął Paszczak udział w szkolnym teleturnieju "Jeden z dziesięciu" i wygrał. Zmiótł kujonów i faworytów. Toczył zapiekłą rywalizację z Oczkiem w Głowie Ciała Pedagogicznego, skoliotycznym  laureatem wielu konkursów oraz olimpiad przedmiotowych. Obrażona pani dyrektor oczom swym nie wierzyła i czując piekący dysonans wygłosiła wiekoponme zdanie: TO DLATEGO, ŻE CIĘ ZA CZĘSTO PYTALI!

Zatem Paszczak nie był głupi, ale nie wiem, czy to jeszcze aktualne.

Obecnie bowiem Paszczak jest prawicującym nacjonalistą, piewcą autonomii, wyznawcą prawd objawionych korwina-mikkego i max kolonki. Chyba, bo tego można się tylko domyślać. Ze strzępów.
Pocieszam się, że to na skutek syndromu jednej z sióstr Bojarskich, która przed wieloma laty narzekała w swoim felietonie na syna - zawsze bowiem marzyła, iż będzie anarchistą i pankowcem, a on, ustawiwszy się w kontrze do hippisującej mamuni, postanowił zostać księgowym.

Ta sama sytuacja, tuszę, ma miejsce u nas w domu - Paszczak, mając za rodziców chorych na dżender rozanarchizowanych lewaków i tęczowych pederastów, postanowił zbuntować się przeciwko takiemu stylowi życia i spalić kilka tęcz, ale tylko wirtualnie, gdyż całe jego życie przeniosło się już właściwie do matrixa.

Siedzi zatem Paszczak w internetach i głupieje, ja jednak uparcie wierzę w niego.
W końcu to MÓJ SYN!

Wszystkiego najlepszego, Muminku!

niedziela, 5 stycznia 2014

do niedzieli jakoś szło

Oj, ledwo-ledwo.

W zasadzie powinnam uprzedzić, że będą wyrazy, ale postanowiłam zadać sobie ćwiczenie z siły woli i spróbować określić sytuację bez użycia wulgaryzmów. O ile to możliwe.

Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić - ot, pędzimy sobie rodzinne święta, konkretnie ich trzeci tydzień, w domowym zaciszu. Choć może wyraz "zacisze" nie jest do końca adekwatny, gdyż Aramaj siedzi trzeci tydzień w czołgu i krzyczy na kolegów usadowionych trzeci tydzień w czołgach.
Ciężka praca.

Ale poza tym nikt z nas nie pracuje, ani nie chodzi do szkoły, bo szkoła poszła po rozum do głowy i się obraziła, że nikt jej nie kocha i postanowiła dać wszystkim nauczkę i żeby żałowali, że jej nie kochali i żeby uschnęli z tęsknoty, żeby docenili co stracili i utonęli w morzu łez i żeby szlochali u jej zastawionych żelazną mastabą wrót: szkoło wróć! A ona ani drgnie i nie wróci, a potem, gdy już wszyscy skruszeją (ja już jestem krucha od mniej więcej dwóch tygodni) to się na moment otworzy, na jedno mgnienie, aby po 10 dniach lekcyjnych skwapliwie znów zamknąć swe podwoje.

Nie jestem pewna, czy wszystkie samotne matki pacholąt w wieku wczesnoszkolnym pracujące na dwa etaty są równie zadowolone ze stuletnich ferii świątecznych, jak ci, którzy są z nich zadowoleni, czyli bezdzietni nauczyciele. (Obiecałam sobie wobec tego, że w kolejnym życiu będę cudze dzieci uczył. Niech plują i nienawidzą, niech nawet koszem na śmieci skroń dumną mą stroją - za takie frykasy jak 17 dni leżenia przodem - warto).

Pocieszam się, że to jeszcze tylko jutro i znów będzie można stąd uciec, gdzie oczy poniosą, w sensie na zakład - tam pozbieram myśli i ustalę priorytety, gdyż dotychczas moim życiowym celem było karmienie.
Gdy jestem kobietą pracującą kwestię tuczu załatwiam niejako przy okazji. Ot, przesmażę coś pobieżnie na patelni i paszli mje won.
Gdy jestem pełnoetatową strażniczką domowego ogniska, cały boży dzionek drepcę w fartuszku i napycham żółte dzióbki, a jak mi się znudzi, to se miotłą pomacham. Dochodzę do gorzkiej konkluzji, że miotła jest obok patelni moją najlepszą przyjaciółką od serca, gdyż nie czyni tyle hałasu co odkurzacz i można z nią tańczyć nawet w nocy. A jest co tańczyć, jest ścisk na parkiecie i bez przerwy lecą nowe rokendrole.

Bardzo się staram. W zasadzie nie było w tym sezonie świąteczno-noworocznym większych nieporozumień na tle przeludnienia i klaustrofobii, raz tylko wykrzyczałam strasznym głosem, że mężczyźni powinni iść na wojnę i ginąć oraz rąbnęłam kubkiem o terakotę. Sprytnie wybrałam kubek, którego nie lubiłam, więc nie ma strat, poza moralnymi, a wręcz przeciwnie, uczyniłam tym nieco luzu w kredensie, bo mnie latoś wszyscy święci uszczęśliwili kubkami, nie rozumiem koincydencji, wobec czego mi się wsypują, więc śmiało mogę jeszcze nie raz dawać upust swej prostrancji bez widomych braków w zastawie stołowej.

Nie jestem ci ja stworzona do rodzinnego świętowania trwającego dłużej niż trzy dni. To maksimum, po którym doznaję ataku gnuchozy, mam duszności i muszę wybiec. Nudzę się. Wszystko mnie boli - szyja i włosy, nienawidzę świata i ludzi. Oraz kubków.

Drżyjcie, kubki!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

na całej połaci... szron


Nieprawdą jest jakobym w celach zarobkowych penetrowała wysypiska.

Ot, po prostu wiedziona romantyczną okolicznością przyrody ruszyłam w łąki fotografować oszronione cuda natury. I gdy tak sobie hasałam, niczym rusałka zwiewna przebudzona słonkiem, wpadłam na tę, oto, martwę naturę, to, mówię sobie, też jej cyknę focię, a co, nikt jej nie kocha, niech ma.

A Wy, gdzie idziecie na Sylwestra?