poniedziałek, 18 maja 2015

wieczorami kładę się śliczny

Mam problemy wychowawcze z Egusiem.

Egusio jest niegrzeczne i fika. Rzuca mięsem i pali papierosy. Spluwa żółcią przez zęby i rozciera czubkiem buta.

Inna rzecz, że wystawiane jest ostatnio na ciężkie próby, nowe sytuacje, czasem hejty i zniewagi. Musi się mierzyć z innymi Egusiami, które są dużo większe i nade wszystko lepsze. Tamte Egusia mają wszystkiego naj i więcej, są dużo fajniejsze i ładniejsze, mają procentowo więcej masy mięśniowej i pochylają się nad moim cherlawym Egusiem z fałszywą tłoską.

Nic tak nie wkurwia mojego Egusia, niż tłoska innych, zadufanych w sobie Eguś.

Najgorzej, że wysłuchując kabotyńskich pieśni o wyższości innych Eguś, moje Egusio, paradoksalnie, zamiast skurczyć się w sobie i zdechnąć - rośnie, nadyma się i skrzeczy, stoi i sapie, dyszy i bucha, a mnie wzrasta ciśnienie w gałce ocznej oraz w całym organizmie. I nie mogę spać.

Toteż stosuję na Egusio kataplazmy z Eckharta. Maść doktora Tolle przekłuwa Egusio, spuszcza z niego zatrute powietrze, sprawia, że żelazny ścisk dupy, którą Egusio siedzi mi na klacie, puszcza, a ja zasypiam lekka i jasna jak zorza zaranna.

Niestety - rano Egusio znowu podnosi rozgorączkowany łeb i zaczyna domagać się krwi.

A mamy rano właśnie...

środa, 29 kwietnia 2015

rózeczką dziateczki duch święty bić każe


Wiosna. Idzie pożyć.

No to po lekcjach idziemy pożyć. Biorę dzieci - jedno swoje, drugie pożyczone (to na szczęście) i udajemy się na ostatnie place zabaw. Ostatnie, bo dzieci się szybko starzeją i w tym wieku to już lekki przypał.

Ale jeszcze dajemy radę.

Najpierw zakupy w sklepie osiedlowym - dla matki bułka z kefirem i jabłko, dla dzieci bomba cukrowa - lody, napoje, czipsy - samo zło, tłuszcze trans, akrylamid, nadwaga, próchnica i endorfiny.

Siadamy - matka na ławeczce, dzieciary na huśtawkach.

I żyjemy sobie - słońce operuje, wiatr lekki zawiewa. Jest dobrze. Spod półprzymkniętych powiek obserwujemy doskonałe popołudnie, budzącą się do życia przyrodę oraz swoisty ekosystem placu.

Oto matka kwoka - dręczy zdalnie dziecko z ławeczki co chwila przywołując je do porządku głośnym okrzykiem:

NADIA!!!

Oto matka malkontentka, wyraża swoją ważką opinię na temat placowych urządzeń następującymi słowy: EWIDENTNIE nie podoba mi się to drewno!

NADIA!!!

Oto dziadek czyścioszek - każe wnuczkowi raz dwa wstać z kolanek, bo pobrudzi spodenki.

NADIA!!!

Oto tatuś nastolatek - bardzo młody, mimo upływu czasu i napływu kilogramów, odziany w przyciasny młodzieżowy outfit - koszulkę, spodnie rurki i pepegi. Milczy, to bardzo fajnie. Rodzi jednak u mnie pytanie - czy jako kobieta w pewnym wieku nie powinnam zacząć nosić się nobliwie? Podomki? Garsonki? Zapaska? A z dodatków co? Chusta na głowę? Kobiałka z jajami? Co w ogóle wolno wdziewać starej babie?

Z odzieżowych dywagacji wyrywa mnie kwoka dziarskim refrenem:

NADIA!!!

Patrzę, co też wyprawia ta koszmarna Nadia. Na moje oko nic. Ale ja jestem złą matką, która nie WYCHOWUJE, tylko siedzi, żre i nie reaguje, gdy dzieci pełne cukru i soli, lepkie, w brudnych spodenkach żyją sobie samopas na ewidentnym drewnie.

Jedno jest pewne: to się kiedyś zemści.
Ale nie uprzedzajmy faktów.



niedziela, 26 kwietnia 2015

lekcja anatomii doktora tulpa


- Buniozylu, dlaczego dręczysz kota?
- Bo jest niegrzeczny, podrapał mnie w nerkę.
- W nerkę? Pokaż.
Buniozyl prezentuje poharatany nadgarstek.
- Synu. To nie NERKA. To jest RENKA.


big bang!

Po raz kolejny udowodnione zostało, że dzieci są zakałą ludzkości.
Powinno się je hodować w specjalnej zagrodzie, całość wyłożyć praktycznym linoleum, myć wodą z węża. Pod żadnym pozorem nie wpuszczać na salony do ukończenia trzydziestego piątego roku życia.

Buniozyl stłukł mi gąsior: piękny, stary, duży, ze szkła pełnego szlachetnych niedoskonałości. Niosłam denata na śmietnik, a łzy krwawe ciekły po mym zdruzgotanym obliczu.

Wpadając do kosza zrobił jeszcze fantastyczny rumor, po czym zamilkł na wieki.

Cześć jego pamięci!

Może jestem sadystyczną matką, ale z wielkim trudem i raczej przez zęby wydusiłam z siebie: Hej stary, nie przejmuj się. Nic się nie stało.

Zabrzmiało bardzo nieszczerze.

Trawię.

sobota, 11 kwietnia 2015

miauczyńska, bardzo mi przykro

Wstyd mi strasznie, oj wstyd, ale nie ma we mnie miłości bliźniego.

Bliźni mnie drażnią, a nawet brzydzą - to w zależności, czy są w wariancie bezzapachowym, czy nie.
Występuje też wariant akustyczny, ten z kolei dzieli się na forte oraz piano. Przy czym piano drażni mnie nie mniej niż forte - mam tu na myśli osoby mówiące do siebie, mamroczące jakieś mantry pod nosem, prowadzące monologi, takie, którym umysł wylazł z czaszki i emituje na zewnątrz, co pomyśli głowa.

Ale też, umówmy się, bliźni nie czynią nic, co mogłoby miłość do nich we mnie wzniecić, a wręcz przeciwnie - całą mą naiwną wiarę w człowieka depczą butem, łoją knutem, a potem się dziwią że nie myślę o nich inaczej niż tępy knur i głupia ropucha.

Najgorzej, że dzieci patrzą. Zwykle bowiem pozuję na osobę tolerancyjną i empatyczną, taką co to pochyli się nad każdą morulą z in vitro i posłyszy uchem duszy, co ta do niej mówi: że gorąco pragnie się narodzić, chce być chłopczykiem i dziewczynką, pójść do komunii i zwiedzić Egipt w wariancie all inclusive.

Tymczasem wystarczy, bym wsiadła w porannych godzinach szczytu do samochodu aby dzieci straciły złudzenia, z kim naprawdę mają do czynienia. Wtedy podział na głupią ropuchę i tępego knura przestaje obowiązywać, a w jego miejsce pojawia się wachlarz innych epitetów, wyrażający bezgraniczną pogardę dla kondycji umysłowej rodzaju ludzkiego en masse.

W ogóle ludzie nie przestają mnie zadziwiać - nawet powiedzenie, że by kogoś poznać trzeba z nim zjeść beczkę soli traci ostatnio na aktualności - może dlatego, że producenci żywności tak kompulsywnie wszystko solą, do przesady - i tu mój apel - nie sólcie tak, producenci! Przez waszą chciwość cierpią relacje międzyludzkie, a beczka soli zjadana jest nie w dziesięć lat, a w dziesięć dni - nie można poznać człowieka we wszystkich odcieniach w tak krótkim czasie. No nie da się!

Nie sólcie, do jasnej cholery!!!


środa, 11 marca 2015

kto poślubi mojego syna?

Czy mi się zdawało, czy ostatnio w lidlu tropiła mnie pewna stara znajoma?

Znajoma zresztą o tyle o ile, ponieważ ustalone zostało, że się nie lubimy i raczej nie znamy. Przed wielu, wielu (wielu) bowiem laty, jej wówczas przyszły, a obecnie może i miniony mąż usiłował wykorzystać moją niemoc i zedrzeć ze mnie rajtuzy. Bielizny nie oddałam, ale on nie omieszkał się przed ukochaną wyspowiadać, czy też może raczej pochwalić, bo oni mieli wtedy trudny okres: testowali swe uczucie biegając i przyprawiając sobie wzajemnie rogi na prawo i lewo. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie w swoich rajstopach.

Było - minęło. Nie lubiłyśmy się, więc nie wchodziłyśmy sobie w drogę. Aż do ostatniego spotkania w dyskoncie, kiedy to wyraźnie poczułam, że za mną łazi. I może udałoby mi się przed nią umknąć, gdyby nie to, że przyszpiliła mnie stając za mną w kolejce do kasy.

Wzięłam zatem ten skomasowany atak na klatę, czoło jasne w berecie stawiając wyzwaniu i natychmiast zrozumiałam DLACZEGO mnie śledzi: nie była sama.

Towarzyszyła jej mianowicie prześliczna dziewczyna, córka, w wieku okołomaturalnym, a dumna matka chciała mi ją koniecznie pokazać. A i pewnie dopiec, słusznie rozumując, że wszystkie inne są mniej śliczne - jeśli w ogóle jakieś udało mi się urodzić. Na szczęście się nie udało, choć rzeczywiście żal leciutko mnie dotknął, że tak się biłam o te głupie rajty.

Ale, ale. Chociaż wszystko fajnie i duma z przychówku jest bezdyskusyjnie słuszną, to jednak przechadzanie się w towarzystwie tak urokliwych młodych stworzeń ma też swoje ciemne strony - w tym wypadku utworzył się dość przykry dysonans, spotęgowany tym, że młoda dama ani na jotę nie jest podobna do mamy, za co stwórcy należą się wielkie brawa oraz hosanna na wysokości.

Tak więc dziękujmy Panu, za to, co mamy - że nam sypnął penisami - dzięki temu prostemu  zabiegowi optycznemu KRÓLOWA jest tylko jedna.

czwartek, 12 lutego 2015

świst sajdingu

Dobrze. Przyznam się - wieści jakobym była trędowatą garbuską z jednym okiem są odrobinę przesadzone, ale proszę zrozumieć: taka konwencja - blogasek rozrywkowy. I choć inspirowany rzeczywistością, to wszystkie postaci i wydarzenia przedstawione są z użyciem funkcji turbo buster.

Nie trzeba wysyłać esemesów o treści pomoc na numer, choć jeśli się bardzo chce, to można.

I wcale nie mam lepkiej podłogi z tej prostej przyczyny, że w ogóle nie mam podłogi.

I chyba mnie potrzepie, gdyż przyszłam na zakład wywietrzyć płuca z pyłu, a tam TO, w MOIM Ę-Ą GABINECIE! I śmierdzi farbą.





Więc jednak fatum. I opresja.