środa, 22 grudnia 2010

bez tytułu

Moje przygody są nudne, więc omówię cudze.


Martwi mnie nasza Alicja.


Ten Collin Farell to jakiś zboczeniec jest! Pohańbił dziewicę, Henryczka jej machnął i znikł. Inna rzecz, że zeszłej zimy Alicja go do Zakopanego zatargała. Po dwunastogodzinnej rajzie zakopianką Colin z pewnością już wiedział co robić. Albo czego nie robić: nigdu więcej nie robić brzucha kobietom z dzikich krajów, bo potem trzeba się przedzierać czy to przez busz, czy przez dorzecze, sawannę, pustynię, kaukaz lub zakopiankę. Do jej MATKI. I że on to pierdoli.


Następnym razem będzie bardziej czujny i zmajstruje dzieciaka jakiejś cywilizowanej lasce z dobrze skomunikowanego miasta. Najlepiej, żeby lotnisko było. Albo chociaż metro. Albo to i to. Z Warszawy. Moskwy. Paryża. Londynu. O ile w ogóle z Europy, bo może taniej wyniesie z Majami. Chociaż istnieje ryzyko, że taka potem z dzieckiem na ręku będzie go nachodzić. Alicja to sie z Zakopanego tak łatwo nie wykaraska. To oczywiste.


Zatem porzucił naszą niebogę nieokrzesany ten hotentota i oddał się nagabywaniu na seks innych niewiniątek.


Szkoda mu nawet troszkę było, bo ta Alicja cudną jest dziewoją, włosy zawsze ma puszyste i na drugi dzień po porodzie spacerowała po plaży w bikini, jakby nigdy nic (Zazdrośni twierdzą, że wlokąc za sobą pępowinę. A może to był swawolny troczek od fig? Zdania są podzielone).
Pożałował, pożałował, ale w końcu jakoś to rozchodził.


W każdym razie w Zakopanem ma przesrane. I u mnie na osiedlu też.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza