wtorek, 9 lutego 2010

seksmisja u biedronek

(Dziwnie dzisiaj jeżdżą. Trzeba trąbić).


Zaprowadziłam z rana do przedszkola dziecko bardzo nie ten teges, nafaszerowane syropem przeciwkaszlowym. Telefon mam w pozycji stand-by, gdyż niechybnie będą dzwonić po odbiór. Sprawa wygląda dość poważnie, to nie jakiś tam katarek. Katarek nie jest żadną przeszkodą, ignoruję go,
poznaję, że wystąpił po tym, iż dziecię drugi tydzień z rzędu ma zagadkowo usmarkane oba rękawy po ramiona.


Nie to co babcia kolegi z przedszkola, sąsiada z „szafni”, mówiąca do swego wnusia, pi pi pi: Ooo, Karolku, jutro zrobimy sobie wolne, bo zaczynasz mieć katarek.


Karolek jest dorodny, wygląda na lat sześć, główkę ma wielkości piłki
lekarskiej. Mamusia, tatuś są u niego, wymuskani. Przychodzi z akuratną swą babunią jako ostatni, odbierany jest jako pierwszy. Codziennie pyta, dlaczego musi chodzić do przedszkola (żebyś się, Karolku, nauczył bawić z dziećmi), czy babcia o nim nie zapomni (nie, Karolku, nigdy o tobie nie zapomnę), czy go kocha najbardziej na świecie (tak, Karolku, kocham cię najbardziej na świecie)…


Nooo, TAKICH FACETÓW NAM TRZEBA, a obędzie się bez przymusowych naturalizacji.


Niestety, osobiście u mnie w domu skarpety męskie nadal stoją dziarsko w pewnym nieładzie koło kanapy. Moja wina, bo nie zmiękczam, zarówno facetów jak i dzianiny.


A więc, Siostry, jeszcze wiele pracy przed nami.
Ale jest zarzewie.
Czu-waj!


A babcię do odznaczenia.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza