piątek, 14 stycznia 2011

MIKOŁAJEK CHCE DO MAMY!

Dziś będzie nienarcystycznie. Szok.


Będzie Apel:


Niniejszym chciałabym prosić Was o pomoc w wyborze notek z mojego blogu do ANTOLOGII, której pomysłodawczynią i siłą sprawczą jest Chuda-O-Wielkim-Sercu.
Dochód z publikacji pomoże wrócić do domu ciężko choremu Mikołajkowi. Do mamy i taty. Do przytulania. I żeby nie tęsknili.


Mój problem polega na tym, że nie mam pojęcia, które z notek wybrać, które nadają się do tak szczytnego wydawnictwa. Jeśli macie jakieś swoje typy, bardzo proszę o sugestie :) . Brzydkie wyrazy zastąpimy gwiazdką, chmurką, piorunkiem i trupią czaszką.


Będą plusy w niebie, więc ten.


I linkujcie! Linkujcie! Propagujcie! Rozsiewajcie wici!



piątek, 7 stycznia 2011

smells like lans spirit

Nie mam talentu do serwisów społecznościowych.


Trudno się dziwić, skoro nie mam talentu do społeczeństwa. W ogóle nie mam talentu. Żadnego. I jestem aspołeczna.
Zatem wszelkie próby zaistnienia w portalach kończyły się u mnie uwiądem i fiaskiem. Wszędzie mam pięciu znajomych, choć, muszę przyznać, że w czasach prosperity naszej klasy miałam ich może nawet ze stu. Ale teraz ich liczba spadła na powrót do pięciu, co odzwierciedla moją osobowość i jest manifestem.


Fejsbuka nienawidzę.


Pani w radiu powiedziała, że fejsbuk jest fajny pod warunkiem, że się ma fajnych znajomych. Widać nie są fajni ci moi znajomi. Są niefajni. Tacy jesteśmy. Zwąchaliśmy się.
Mimo tego, że jestem niefajna, (rząd niefajnych, grupa niefajnych), od czasu do czasu ktoś fajny stwierdzi, że mnie zna.
Jak mówi, to pewnie wie.
I właśnie ostatnio ktoś szalenie fajny został moim kolegą na fejsie.
Że jest taki fajny wcale nie wiedziałam. Miły, wrażliwy, oczytany, obyty. I gorliwie wierzący.
Bardzo się zdumiałam, gdyż dotychczas miałam go za kogoś z rodzaju oskulati, ale właściwie to go wcale nie znam, więc dopuszczam taką możliwość. Co by nie.
Otóż kolega ów się obnażył do miękkiego brzuszka nawskutek zgonu Człowieka Dużego Formatu.
Zatem Człowiek Dużego Formatu wziął i zgasł, a mój kolega napisał szybciutko na fejsie, że:


Śpieszmy
się kochać ludzi tak szybko odchodzą…, jak pisał ks. Twardowski.
Dzisiaj odszedł Krzysztof…, wspaniały artysta, ale przede wszystkim
niezwykły człowiek…, zaszczytem było pracować z nim i znać go
osobiście…
Żegnaj…, do zobaczenia …gdzieś , kiedyś mam nadzieję…


Hmmm. Te liczne wielokropki to zdaje się łkanie. Głosu łamanie, szloch zobrazowany w formie literackiej.
Chyba(?) jestem cyniczna, bo miałam wielką chęć go pocieszyć, że co prawda Krzysztof odszedł, ale zostało jeszcze wielu do ukochania. Być może nie tak wielkich i niezwykłych, ale też ludzi, bądź co bądź. I równie godnych miłości, takich jak: Karolak… Pazura… Zakościelny… Ibisz…


A nade wszystko Jacek Poniedziałek. Żywy!



wtorek, 4 stycznia 2011

margaryna trauma

Byłam dzielna. Nic mnie nie zmogło.


Nie nadgięło, nie nadgryzło, nie przepękło.
Nie złamała mnie wigilia, pierwsze święto, drugie święto. Nie wzruszył międzyświąteczny tydzień. Nie ukruszył mego monolitu sylwester ni nowy rok.


Dopiero BAŁWANEK!


Niedzielny bałwanek jest sprawcą mojej depresji.
Życie nie ma sensu, moje dzieci to banda zdziczałych potworów kwalifikujących się jedynie do programu superniani, a stary jest domatorem, zrośniętym ze swym lapem właścicielem wiekuistego globusa, który układa jego rysy twarzy w napis fak ju! Majuskułą. FAK JU! Boldem. FAK JU!


Superniania też zresztą jest do dupy. Odkąd odpięła nobliwy koczek i swą parasolkę Mary Poppins jęła otwierać w tyłkach innych celebrytów, straciła dla mnie całą wiarygodność. Od razu widać, że gówno się zna, skoro tego nie przewidziała. I każe dzieciom jeść margarynę. Tłuszcze transsodomogomoryjskie, wcielenie ZŁA, badania naukowe pokazują, żę od tego się maleje, kurczy, znika. Wysycha mózg i więdną synapsy.


Czyli znikąd pomocy. Muszę sobie radzić sama. Intuicyjnie.
Intuicja podpowiada mi, że oto powinnam wyjąć pas ze sprząchą i wygrzmocić. Wszystkich. Ustawić w dwuszeregu na mrozie i lać.


Albo uciec. Narzucić bielmo na powiekę, rozwiać włos i pod byle pretekstem wybiec w las w koszulinie. Tam zamieszkać z dzikami, dziki są relatywnie sympatyczniejsze. Dać się wykarmić losze, zostać jej córką przyrodnią, bawić się z warchlakami…


Poszliśmy na niedzielny spacer. Do lasu. Na saneczki. Było uroczo. Trochę Aramaj co prawda rzucał bryłami lodu, trochę nasrali psami dokoła, tak, że trzeba było bardzo uważać jadąc na dupolocie, trochę stary zmarzł, dostał globusa i se poszedł, ale ogólnie okej. Buniozyl zjeżdząjąc wołał w ekstazie: Ale odlotowo! Aramaj udoskonalił stok budując schody. Słoneczko świeciło, śnieżek skrzył się. Bajka.


Aby zatem zwieńczyć owo rozkoszne przedpołudnie, postanowiliśmy ulepić bałwanka. Śnieg był bałwankowy, nie było na co czekać. Przystąpiliśmy do prac zespołowych.
A właściwie szamotaniny, gdyż konflikty wybuchały na każdym polu. Mama, on mi zabrał śnieg to jedno z najlżejszych oskarżeń jakie padały. Dwoiłam się i troiłam by łagodzić spory, anse i rękoczyny. Dusić wrzaski i kwiczenia. Hamować inwektywy.
I w końcu, gdy bałwanek był już-już prawie gotów, to się wziął i przewrócił, nie całkiem samoistnie. Niby przypadkiem. Prawie zupełnie niechcący. Całkowicie nieprzypadkowo. Nie całkiem skończony. Nie do końca zaczęty.


A we mnie coś pękło. Rozpadłam się na trzy kulki, oczy z szyszek i mi ręce z patyków opadły.


I być może jestem przewrażliwiona, ale odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że moje dzieci (a zwłaszcza jedno) każdą, nawet najfajniejszą z teorii zabawę potrafią zamienić w koszmar. W dziką awanturę. W stres i w piekło. Wszystko jedno w co się bawimy: w pierniczki, w choinki, w bałwanki – zawsze z tego wychodzi jeden wielki mecz futbolu amerykańskiego. Są faule.


Droga supernianiu, co robić?
Wyjmij na chwilkę parasol z pupy Edyty i przyleć, proszę, bo się wykończę.
Lub kupię pejczyk.



wtorek, 28 grudnia 2010

głośniej od bomb

Pornopiernik źle skończył.


Tak to jest, kiedy się upublicznia zakazane treści, o tym jak piernikowy łoś nastaje na cześć niewieścią piernikowej wiewiórki mamiąc ją lubieżnie piernikowym porożem i łypiąc jednoznacznie cukrowym oczkiem. A na to wszystko patrzą w przerażeniu niewinne aniołki i koniki, niedźwiadki i jeżyki i lukrowane ślozy leją.
OHYDA!
Swoją drogą te amerykańce to kompletne świnie są. Wszystko im się z dupą kojarzy, nawet z pozoru lukrowany akt piernikowej wenus o wysokim walorze artystycznym. Zboki.


Jak tam wigilijka? Były ofiary?


Nasza była smakowa. Konkretnie o smaku dezodorantu do pomieszczeń w aerozolu. Coś z morzem, więc do ryby jak znalazł, choć karp to akurat jest gadzina słodkowodna.
Ale nie bądźmy drobiazgowi.
Na początek zapakowaliśmy siłą wyrwanego z drzemki, zasmarkanego, ryczącego chłopczyka w wóz i pojechalimy na wieczerzę, oczekiwani przez teściową oraz naszego syna.
A tam transinterluxtorpeda: stół zdobiony gałązką jedlińską, srebra wypolerowane, dzieciątko w żłobku się mości, sianko pod śnieżnobiałym obrusem szeleści lukratywnie, słowem glamur. I dość niedyskretnie pachnie. Czym? Ha!


Nie uprzedzajmy faktów.


Zatem zasiędliśmy do wspólnej wieczerzy przy akompaniamencie wrzasków wyrwanego (ponownie) z samochodowej drzemki chłopczyka.
Na początek opłatek swym aromatem przywiódł nam na myśl słoneczne wybrzerze costa del sol powiewem morskiej bryzy, ale cóż, pomyśleliśmy, iż to szanowna gospodyni namaściła dłoń swą wonnościami i taką oto kończyną odświętną opłatki na stół podała.
Jakież było wszakże nasze zdziewienie gdy barszcz z uszkami uderzył nas w nozdrza tą samą nutą! I nagle wszystko stało się jasne!


Tu należy napomknąć o niezdrowym zamiłowaniu syna do
zatruwania środowiska dezodorantem wszelkiej maści. Co zoczy, to
rozpyli. Zatem chowam, kitram, bunkruję, często zmienaijąc kryjówkę dla zmylenia przeciwnika. Prowadzi bowiem smrodlawe eksperymenty spryskując samochodziki hot wheels color shift (matki małoletnich osobników płci męskiej wiedzą o co chodzi)
i konotując jak pod wpływem odoru zmieniają kolor. Sika na lustro
tworząc sztuczną mgłę, słowem – co zobaczy to naciśnie. Mieliśmy już na
ten temat wielorakie awantury, kontrowersje oraz scysje.


Ale TA,
wigilijna była szczególna, gdyż syn najpierw elegancko stół ozdobił, a następnie ukradkiem przynióśł z kibla dezodorant do kup i rozpylił rzęsiście poponad wigilijnymi imponderabiliami.


I tu małżonek się wściekł okrutnie, że mu uszko toaletą trąca.
I zaczął wrzeszczeć na syna.
I teściowa na to cicho cicho.
I syn na to w szloch tak głęboki, że aż chłopczyk zamarł w swym buncie ze zdziwienia.
A ja poczułam, że NAREŚCIE, po piętnastu latach chujowizny, to jest naprawdę wigilia w moim guście.
Wigilia na sto fajerek.


I cieszę się okropnie na to, że taki oto ma być cały rok!



środa, 22 grudnia 2010

z przodu sernik z tyłu piernik



bez tytułu

Moje przygody są nudne, więc omówię cudze.


Martwi mnie nasza Alicja.


Ten Collin Farell to jakiś zboczeniec jest! Pohańbił dziewicę, Henryczka jej machnął i znikł. Inna rzecz, że zeszłej zimy Alicja go do Zakopanego zatargała. Po dwunastogodzinnej rajzie zakopianką Colin z pewnością już wiedział co robić. Albo czego nie robić: nigdu więcej nie robić brzucha kobietom z dzikich krajów, bo potem trzeba się przedzierać czy to przez busz, czy przez dorzecze, sawannę, pustynię, kaukaz lub zakopiankę. Do jej MATKI. I że on to pierdoli.


Następnym razem będzie bardziej czujny i zmajstruje dzieciaka jakiejś cywilizowanej lasce z dobrze skomunikowanego miasta. Najlepiej, żeby lotnisko było. Albo chociaż metro. Albo to i to. Z Warszawy. Moskwy. Paryża. Londynu. O ile w ogóle z Europy, bo może taniej wyniesie z Majami. Chociaż istnieje ryzyko, że taka potem z dzieckiem na ręku będzie go nachodzić. Alicja to sie z Zakopanego tak łatwo nie wykaraska. To oczywiste.


Zatem porzucił naszą niebogę nieokrzesany ten hotentota i oddał się nagabywaniu na seks innych niewiniątek.


Szkoda mu nawet troszkę było, bo ta Alicja cudną jest dziewoją, włosy zawsze ma puszyste i na drugi dzień po porodzie spacerowała po plaży w bikini, jakby nigdy nic (Zazdrośni twierdzą, że wlokąc za sobą pępowinę. A może to był swawolny troczek od fig? Zdania są podzielone).
Pożałował, pożałował, ale w końcu jakoś to rozchodził.


W każdym razie w Zakopanem ma przesrane. I u mnie na osiedlu też.



czwartek, 16 grudnia 2010

with love from

No więc nie było mnie tak długo, bo byłam na wakacjach.


Spędzałam czas na pomoście nad jeziorem w towarzystwie Anji Rubik. Bardzo się polubiłyśmy, ba, nawet zaprzyjaźniłyśmy. I śmiem twierdzić, że wyglądałam świetnie w dezabilu, nawet w obliczu jej niebotycznie długich nóg i całej reszty. Siedziałyśmy na kocyku, malowałyśmy pazurki i gawędziłyśmy o dzieciach.
Było bardzo miło i strasznie się cieszyłam, że zostanie moją koleżanką na fejsbuku, gdzie umieszczę zdjęcie, jak siedzimy na kocyku i gawędzimy. O dzieciach.
I że wszyscy się zesrają.
Tyle.


A co  u Was?